niedziela, 10 grudnia 2017

Apokalipsa. (Tekst z dnia 27 listopada 2016 roku.)


Rytuał dnia jest zawsze podobny. Najpierw, zanim się jeszcze dobrze oczy potworzy, trzeba nakarmić rozwrzeszczane gęby. Domowy kot rano jada jedną krewetkę rozmrożoną w mikrofalówce. I oczywiście pokrojoną. Nie może być naturalnie wyjęta wcześniej i rozmrożona ani też w całości. Nie znam się na kocim smaku, ale widocznie w tej formie jest niesmaczna. W ogrodzie, gdzie muszę wyjść by zabrać psa na spacer czeka na mnie druga grupa głodomorów, obcych kotów, którym trzeba coś wrzucić do miski, by nie gryzły po nogach. No i pogoń za psem, który za bardzo się cieszy na mój widok, by się zatrzymać i pozwolić sobie założyć specjalną uprzęż. Spacer i ostatnia, tym razem psia miska do napełnienia. A potem dopiero własna kawa, małe śniadanko w towarzystwie telewizora.
Nie biegam specjalnie po programach tv, bo po co. Niezależnie czego się słucha i tak jest człowiek równomiernie wkurzony. Bo jaka dawkę kłamstw można przyjąć codziennie, by nie zwariować? Nie potrzeba wcale przez przypadek włączyć państwowej, narodowej telewizji. W normalnych, komercyjnych stacjach, nasilenie polityków PISu na każda minutę jest tak wielkie, że ani jednego uczciwego słowa prawdy nie można usłyszeć. Czasami mam nawet żal do dziennikarzy prowadzących programy, robiących wywiady, że nie dadzą nawet po sobie poznać, iż nie wierzą w żadne słowo, że nie maja odwagi powiedzieć wprost, że Pan/ Pani kłamie. I ten żal miesza się z podziwem, bo nie sądzę, bym ja na miejscu tych dziennikarzy była w stanie zachować kulturę osobistą wobec takiej arogancji, wobec takiej pogardy okazywanej społeczeństwu. Ile razy się zdarza, że oblegani przez dziennikarzy politycy, nawet na nich nie patrzą, nie mówiąc o jakimkolwiek komentarzu. Lekceważąc ich, lekceważą nas wszystkich, bo to w naszym imieniu padają te dziennikarskie pytania. Czasami, kiedy tak siedzą zniesmaczona przy porannej kawie, myślę sobie, co by się stało, gdyby komercyjne telewizje, umówiły się i przez miesiąc nie zaprosiły ani jednego polityka PISu, gdyby przez miesiąc udawały, że ci ludzie nie istnieją? Trochę może byśmy odpoczęli od tych kłamstw, a oni może by zrozumieli, że można żyć bez oglądania ich gęb w telewizji. A przynajmniej niektórzy mogą żyć bez nich.
Z perspektywy osoby, która nie mieszka w Polsce, poprzedni, dwuletni okres rządów PISu, zdawał się być nawet zabawny. Bo oczywiście odstawiali szopki każdego dnia, ale nie mieli takiej siły przebicia i w zasadzie byli tylko pośmiewiskiem. Po zwycięstwie Platformy Obywatelskiej, gdzieś tam odczuwaliśmy nawet obawy, że teraz to w ogóle nie będzie potrzeby włączać telewizora, z którego będzie zwyczajnie wiało nudą. I poniekąd tak było. PO, pracujące bez rozgłosu w zaciszu gabinetów, nie narzucające się zbytnio swym wyborcom częstymi konferencjami prasowymi, do których przyzwyczaił nas PIS, stworzyło pozory pewnej nieodwracalnej już stabilizacji, ruchu powoli lecz do przodu. A tymczasem PIS, przez osiem lat nie nalegał specjalnie na sukcesy wyborcze. Jednocześnie rył złowieszcze korytarze w naszych głowach, wzbudzał wątpliwości, szukał kompromitujących faktów, prowokował dwuznaczne sytuacje i bardzo umiejętnie odwracał kota ogonem. Nie zauważyliśmy, że w naszej przestrzeni istniały dwa światy: Tern miły, spokojny, zrównoważony na powierzchni, a gdzieś w podziemiach PIS szykował haki na wszystkich, wchodził w układy z kościołem i Solidarnością, szkolił internetowych trolli, preparował fałszywe dokumenty.
Było jasne, że PO nie może ciągle rządzić. I nie ma w tym niczyjej winy lub zasługi. W demokracji, każda władza w końcu się społeczeństwu znudzi. Przyszedł więc czas na zmianę. Ale nikt się nie spodziewał tego, co się stało. Wiedzieliśmy, że będzie cyrk, że będzie wiele kłamstw, bo przecież trzeba ten wierny elektorat PISu jakoś dowartościować. Ale skala zła czynionego bez żadnego skrepowania przerosła wszelkie granice naszej wyobraźni.
Dziś po dwóch godzinach oglądania telewizji ma się wrażenie, że głupota lata pod sufitem, jak jaskółki przed deszczem, kłamstwa zasłaniają słońce, jak ciemne, burzowe chmury, i wydaje się nam, że na ulicy słyszymy odgłos nadchodzącego faszyzmu.
Za brak reakcji zapłacimy wszyscy. Powoli już płacimy. Czekamy na apokalipsę tak, jakby naprawdę była nieuchronna.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kształt maski. ( Tekst z dnia 9 listopada 2019 roku)

Miałam to wrzucić dopiero jutro. Mam świadomość, że nie ma takich słów, które by mogły podziałać. Ale piszę to wszystko już dziś, bo zaws...