sobota, 9 grudnia 2017

"Bóg jest figurka ulepiona z gliny, którą mogę rozbić młotkiem" (Tekst z dnia 5 kwietnia 2016 roku. )

Kiedy dwanaście lat temu wyjeżdżałam z Polski, miałam nadzieję, że koszmarny temat panoszenia się kościoła katolickiego nigdy już do mnie nie wróci. Ale wraca, bardzo regularnie i coraz częściej. Powinniśmy już dawno się ot tego tematu uwolnić i wyrzucić go z życia publicznego. Niestety okazuje się, że często jesteśmy Narodem tchórzy i hipokrytów, którzy owszem, potrafią coś tam z siebie wydusić na forach społecznościowych, ale kiedy w komentarzach wyrazi się swoje poglądy odpowiedź bywa tylko jedna. Brzmi ona podobnie: Myślę podobnie jak pani, ale na publicznym portalu lepiej o tym nie mówić. Tym czasem, mniej więcej od 30 lat, kiedy tak jak wiele osób, przejrzałam na oczy, prowadzę osamotnioną walkę z tym, co można ogólnie nazwać kościołem katolickim. Zbieram przy tym tak zwane baty z różnych stron.
Osobiście postawę Polaków rozumiem. Przez długi czas żyłam w tym samym zakłamaniu. Wielu z nas robi to dla tak zwanego świętego spokoju. Pochodzimy w większości z rodzin katolickich. Aby nie kłócić się z rodziną, bierzemy śluby kościelne, chrzcimy dzieci i posyłamy je na religię. Większość się z tym godzi i nawet nie odczuwa dyskomfortu. Ja niestety do tych osób się nie zaliczam. Jeszcze w czasach studenckich, kiedy wydawało mi się, że jestem normalna, czyli wierząca, wpadła mi do rąk powieść pt „Szerszeń” autorstwa Ethel Lilian Voynich. I nagle doznałam czegoś w rodzaju olśnienia. Czytałam i byłam przekonana, że to ja tę książkę napisałam, tylko w poprzednim wcieleniu. Wyrażała ona dokładnie tę moją „kroplę wątpliwości”, która zawsze towarzyszyła moim poglądom religijnym. Poczułam się, jakby ktoś zdjął mi nagle kajdany, wypuścił z klatki i pozwolił zaciągnąć się świeżym powietrzem. Wiecie, czasem się coś czuje, ale dopiero cudze słowa potrafią to nazwać. To było dokładnie takie uczucie.
Potem długo jeszcze ze sobą walczyłam. Niestety w Polsce, trudno jest być wolnym człowiekiem. Tak więc, jak wspominałam, żyłam jak inni. Tłumaczyłam sobie, że mogę wewnątrz być wolna, a dla pozoru udawać, że hołduję tym wszystkim kościelnym tradycjom. Do kościoła chodziłam rzadki, tylko, gdy musiałam. Ale każda wizyta powodowała, że miałam „ poobijane serce” Nawet. Kiedy ksiądz mówił : Pan z wami, odczuwałam ten fałsz, te stada żmij wypływających z jego ust. W międzyczasie zdobyłam też sporo wiedzy na temat wielowiekowych działań kościoła katolickiego. Przypomniałam sobie także wiele faktów z własnego doświadczenia. Zastanawiam się tylko, jak to jest , że nie potrafimy wybaczyć miłości homoseksualistom, a nad tym, co wyprawiają księża w Polsce, tak łatwo przechodzimy do porządku. Jeśli chodzi o moje doświadczenia to mogła bym wymieniać ich dużo. Pamiętam proboszcza mojej parafii, który kończył kolędę sutą kolacją zaprawianą alkoholem. Zwykle nie umiał po niej chodzić i mówić i ojciec odwoził go do domu. Pamiętam, jak zebrał pieniądze na super drogie ławki do nowego kościoła, kupił je, a potem przegrał w karty z innym księdzem. Pamiętam księży, którym policja pozabierała prawa jazdy za jazdę po pijanemu. W pewnym momencie zaczęły się pojawiać sygnały o pedofilii wśród księży. Nie mam takich doświadczeń. Ale pamiętam księdza, który przygotowywał mnie do komunii. Dopiero po latach skojarzyłam fakt, że potrafił nas spowiadać z naszych niezwykle bogatych przeżyć seksualnych , wypytując o nie bardzo szczegółowo. Strasznie wstydziliśmy się, że w wieku kilku lat siedzieliśmy u spowiedzi po 20 minut. Teraz myślę, że facet po prostu , powiem brutalnie, walił konia w tym konfesjonale.
Ale wracając do czasów, kiedy odzyskałam świadomość, to naprawdę długo walczyłam wewnątrz siebie. Zdążyły moje dzieci pójść do komunii. Niestety, czułam się, jak schizofreniczka. Nie potrafiłam pogodzić się z życiem w tym zakłamaniu. Czułam się, jak bym każdego dnia zdradzała samą siebie. I te ciągłe pretensje rodziny, że ja, strażniczka domowego ogniska, nie dążę do tego, by doprowadzić rodzinę do głębokiej wiary. W tym momencie warto wspomnieć, że mojego męża w cztery konie nie można zaciągnąć do kościoła, pomimo że pochodzi z jeszcze bardziej katolickiej rodziny niż ja ( a może właśnie dlatego), a moje dzieci odbębniły tydzień po-komunijny i na tym ich romans z kościołem się skończył. I to podobno była moja wina. Ale ja nikomu nie zabraniałam, na nikogo nie wpływałam.
W końcowym efekcie doprowadziło mnie to do decyzji o wyjeździe z Polski i była to najlepsza decyzja w moim życiu. Od 10 lat nie widziałam księdza. Kościoły chodzę zwiedzać turystycznie. I wreszcie nie muszę niczego udawać. Na przykład siedzieć w domu przy zgaszonym świetle, kiedy podczas kolędy, ktoś mi się uporczywie do drzwi dobija, a ja dopiero co zdążyłam z pracy wrócić i nawet nie miałam czasu, by zjeść obiad.
Myślę podobnie jak wielu Polaków. To znaczy, nie uważam się za osobę w nic nie wierzącą. Wierzę np. w siłę ludzkiego umysłu, jako siłę sprawczą. Ale kościół katolicki nie jest z mojej bajki. Żadna z istniejących religii nie jest z mojej bajki, bo ogranicza wolność człowieka.
Drodzy Polacy, mam szacunek do wszystkich WAS, którzy tam w Polsce umiecie szczerze się sprzeciwiać i mówić, co myślicie. Ja tu mam łatwiej. Sytuacja polityczna wskazuje na to, że ludziom o otwartych umysłach, nie będzie łatwo w najbliższym czasie. Chyba musi powstać coś na wzór Loży Masońskiej, skupiającej otwarte umysły i wychowującej choćby mały ułamek przyszłego pokolenia w duchu wolności poglądów. Może to My będziemy ziarnem, które upadnie na właściwą ziemię i przyniesie właściwe plony. Tego sobie i WAM życzę. Ja jestem w tej chwili daleko. Ale gdybym mogła się na cokolwiek przydać, jestem gotowa poświęcić resztę swego życia na walkę z tym złem, które kościół czyni ludziom na całym świecie. Wiem bowiem, jak smakuje wolność od tego brzemienia.
A Polakom i wszystkim ludziom na całym świecie chciałabym powiedzieć: Miejcie odwagę być sobą, postępować zgodnie z własnym wnętrzem, nie róbcie niczego, do czego nie jesteście przekonani, nie chrzcijcie dzieci tylko dlatego, by zapewnić kościołowi nowych klientów. Niech dzieci same zdecydują, gdy dorosną, kim chcą być. Jeśli Boże Narodzenie jest dla was tylko świętem hipokryzji, w czasie którego, pod przymusem musimy być dla siebie mili, to jedźcie w tym czasie na wycieczkę i naprawdę spędźcie miło ten czas. Nikt was do niczego nie zmusza. Nie wierzcie, że spotka was z tego powodu nieszczęście. To wy kreujecie swoje życie. Nie pozwólcie, by ksiądz opowiadał waszym dzieciom, że mama umrze, bo nie chodzi do kościoła( znam osobiście takie przypadki i dla tych dzieci była to duża trauma). Jeśli to robi, to zrezygnujcie z takich lekcji. Nie pozwólcie, by klauzula sumienia w szkołach zmieniała prawa fizyki i biologii i uczyła nasze dzieci nieprawdziwej historii. A wiem, że jest to w szkołach powszechne. Nie róbcie tego wszystkiego ( jak ja to czyniłam przez lata) dla świętego spokoju. Za ten święty spokój sprzedajemy nasze życie. A życie jest więcej warte.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kształt maski. ( Tekst z dnia 9 listopada 2019 roku)

Miałam to wrzucić dopiero jutro. Mam świadomość, że nie ma takich słów, które by mogły podziałać. Ale piszę to wszystko już dziś, bo zaws...