niedziela, 10 grudnia 2017

I am ready, my lord... ( Tekst z dnia 11 listopada 2016 roku.)

Obiecałam sobie, że będę dziś milczeć, bo to bardzo ciężki dzień i chyba dopiero jutro przyjdzie czas na jakieś posumowania. Poza tym, zakładam, że większość z WAS jest na manifestacjach. Muszę jednak, a raczej nie mogę pominąć milczeniem śmieci największego śpiewającego poety, Leonarda Cohena. Tak więc powiem dziś kilka smutnych słów, odbiegając od tematyki politycznej. Jest wielu wielkich ludzi, którzy byli już dorośli, kiedy ja byłam małym dzieckiem, które kształtowały moją osobowość. Słuchałam ich nocami, często nawet nieświadomie, przez sen, przez nigdy nie wyłączane radio. Potem, w młodości poznałam ich nazwiska, a dziś większość z nich jest ludźmi w podeszłym wieku. Aktorzy, poeci, muzycy, wielu z nich już odeszło a reszta powoli dobiega do mety życia. I każdego dnia budzimy się z e strachem, że któryś z nich odszedł. A mimo to, taka wiadomość zawsze zaskakuje i poraża. A dziś na jedno mgnienie oka ucichł cały świat i na chwilę zwolniła kula ziemska. Zmarł Leonard Cohen.
Większość ludzi kojarzy go w piosenką „Allelujah”, lub najwyżej „Dance me to the end of love”, ale mnie twórczość Cohena towarzyszy od dzieciństwa i znam dość szeroki przekrój jego twórczości. Wychowałam się na tej poezji i wielokrotnie słuchałam do snu tego głosu ciepłego i miękkiego, jak poduszka.
To nie jest sprawiedliwe i prawie niemożliwe, by ucichł taki głos. I nic mnie to nie obchodzi, że był gotowy na śmierć, że się do niej przygotowywał i trochę przygotowywał nas swoimi dwoma ostatnimi płytami. Ja niestety się nie przygotowałam. W roku 1985 byłam na koncercie Leonarda Cohena we Wrocławiu. To było chyba najbardziej magiczne moje przeżycie. Od momentu wejścia muzyków nikt nie miał odwagi usiąść i chyba nikt nie chciał.
Zastanawiam się, że ciągle walczymy o pomniki dla różnych bohaterów, polityków i generałów. Ale co oni nam po sobie zostawiają? Zostaje po nich śmierć, wspomnienie wojen i krwi i złudzenie wolności. Ale nigdy nie upamiętniamy takich ludzi, którzy potrafią jednym zdaniem określić całe nasze życie, którzy zarażają nas wolnością wewnętrzną.
Nie mówię żegnaj, bo, jak wiemy, Anioły takie jak ON, nigdy nie umierają. Zostawiają nam swoją twórczość, a dzięki nowoczesnej technice możemy ich widzieć i słyszeć. Powinnam powiedzieć: Dziękuje, za to, że nauczyłeś mnie czytać między słowami, rozumieć więcej, widzieć więcej. Za to, że dzięki Tobie wiem, że człowiek król i człowiek żebrak, to zawsze jest tylko człowiek.
Oprócz smutku odczuwam wściekłość i zupełnie coś innego ciśnie mi się na usta. Myślę sobie: Jak mogłeś mi to zrobić właśnie dziś!?
Zupełnie, jakby istniała jakaś lepsza data na śmierć Anioła. Jestem zła, bo z każdą taką śmiercią umiera kawałek mnie i boję się, że kiedy już dobiegnę do mety, to zostanie we mnie już tylko pustka.
Drodzy Państwo.
Od dziś Leonard Cohen, będzie już na zawsze tańczył swego walca nad wiedeńskim niebem w swoim „słynnym niebieskim prochowcu” ,będzie go tańczył „po miłości kres”... I jeśli jest jakieś niebo i stanie przed bramą, nie będzie zbierał punków śpiewając „Allelujah”, lecz wytłumaczy się ze swego życia słowami: „Jak ptak na drucie, jak pijak w nocnym chórze, próbowałem na swój sposób być wolny”...A niejedna „Jane, kosmyk włosów ma Twych” na zawsze w swoim sercu...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kształt maski. ( Tekst z dnia 9 listopada 2019 roku)

Miałam to wrzucić dopiero jutro. Mam świadomość, że nie ma takich słów, które by mogły podziałać. Ale piszę to wszystko już dziś, bo zaws...