wtorek, 12 grudnia 2017

Impreza u Romka. (Tekst z dnia 27 czerwca 2017 roku. )

Zacznę może od historii, która wydarzyła się ostatnio na moim zamkniętym osiedlu. Wielu z WAS mogło już ją słyszeć ode mnie, ale w pewnym sensie pasuje do tego, co chciałabym dziś napisać.
Moje osiedle nie należy do miejsc turystycznych. Mieszkają tu zwykłe rodziny różnego pochodzenia. Nasze domy maja jedną wspólną ścianę i wspólne ogrodzenia między ogrodami. Patrząc z domu na ogród, po prawej stronie mam Hiszpanów, po lewej Norwegów. Hiszpanie dość często imprezują, ale to są typowe rodzinne obiadki. Głośno gadają i pełno tam biegających dzieci. Zupełnie inaczej jest z drugiej strony. Norwegowie, jak wiecie pochodzą z kraju, w którym nic obywatelom jest nie wolno. Nie wolno publicznie głośno rozmawiać, nie wolno pić, palić marysi, robić nocnych imprez itd. Mój sąsiad, kiedy jest sam, jest bardzo spokojny. Gdyby nie zapach trawy, którym mnie raczy od rana do wieczora i odgłos otwieranych puszek z piwem, właściwie nie wiedziałabym, że istnieje. Ale raz na jakiś czas przyjeżdżają do niego przyjaciele z Ojczyzny. Czasami to jest kilka osób, a czasami nawet dwadzieścia. I wtedy dom mojego sąsiada przechodzi cudowna przemianę.
Ostatnio zdarzyło się to może 6 tygodni temu. W każdym razie nikt z tubylców jeszcze się nie kapał w basenie, bo woda byłą za zimna.
Nie był to ani piąteczek, ani sobota, tylko noc z niedzieli na poniedziałek, kiedy ludzie usiłowali zasnąć, by wstać rano do pracy. A u moich sąsiadów impreza trwała całą noc. Pijaństwo, krzyki, śpiewy, toasty i taka piosenka, którą w krajach skandynawskich się śpiewa waląc łyżkami po stole( coś, jak nasze przyśpiewki weselne ze stale powtarzającym się refrenem). Około czwartej nad ranem, całe towarzystwo, około 20 osób rozebrało się do naga, i pobiegło na basen. Orgia wodna trwała z pół godziny aż woda się gotowała, a potem, pomimo że specjalnie stałam na balkonie, by ich trochę zawstydzić ( jestem w tym wieku, że gołe dupy mnie już nie zabiją), postanowili wrócić i pić dalej. Panowie złapali więc w gaci swoje zmarznięte klejnoty, a panie z zażenowaniem, usiłowały jednocześnie zasłonić i górę i dół, bo oczywiście ręczników ze sobą nie zabrali. I tak biegli świecąc swoimi białymi, skandynawskimi dupami, przez cały ogród dzielący basen od ich domu. Ja tę noc spędziłam w zasadzie w ogrodzie. Nie dlatego, by mi czyjaś zabawa specjalnie przeszkadzała. Pilnowałam psa. Bo mój pies nie reaguje specjalnie na język hiszpański, natomiast słysząc język nieniecki, holenderski, lub skandynawski, dostaje małpiego rozumu. Szczeka tak, że słychać go w całym mieście.
Opowiadam WAM o tym, bo trochę jestem zażenowana tą sensacją medialną, czyli urodzinami żony Pana Giertycha. Czy uważacie, że tutaj ktokolwiek się zgorszył, zadzwonił na policje, że się choćby skarżył na hałas??? Ależ nie. Dziś jest impreza u ciebie, a jutro u mnie. Dziś jest koncert na plaży, jutro fajerwerki pod kościołem. Nikt tu nikomu nie robi wyrzutów z tego, że się świetnie bawi. Tym bardziej, że upał nie pozwala na aktywność w ciągu dnia. Wszystkie głośne imprezy odbywają się w nocy.
W Polsce ściga się ludzi za chodzenie do restauracji, zagląda do talerza, robi się wielki skandal z imprezy zorganizowanej we własnym domu, oburza cudzą listą gości, wzywa się policję, bo na urodzinach ktoś serwował szampana i śpiewał sto lat!
I to wszystko w kraju ludzi pijących aż do zjazdu pod stół, kraju sikających po klatkach schodowych meneli i pijaków śpiących na ławkach w parku. Szukam właściwego słowa, by to nazwać, bo nie wiem, jak można określić taką hipokryzję i taką mentalną wiochę.
Pan Giertych chłop dorosły. Ma prawo żyć! Ma prawo we własnym domu i na pewno za własne pieniądze, przyjmować gości, nawet jeśli przylatują oni helikopterami lub F16. Ma prawo przyjaźnić się z kim zechce i z kim zechce pić wódkę. I we własnym domu może nawet zatańczyć na stole, pod warunkiem, że znajdzie taki stół, który takiego wielkiego chłopa utrzyma. Wy Polacy, najchętniej byście sąsiadów, którzy wrócą z pracy i już na wasze 500+ zaroili, związali, zakneblowali i zamknęli w piwnicy aż do następnego poranka, by mogli znowu pójść do roboty. Pamiętam w latach dziewięćdziesiątych, chyba nawet w ramach festiwalu w Opolu, odbywała się taka impreza o nazwie Festiwal Piosenki Biesiadnej.
Pamiętam, że z każdą chwilą było bardziej widać, że występujący kwiat artystów jest lekko po spożyciu, co nadawało całej imprezie pewnej specyficznej autentyczności. Nigdy by mi do głowy nie przyszło się tym bulwersować, czy oceniać zachowanie artystów. Jedyne, co poczułam, chyba wtedy po raz pierwszy w życiu...poczułam pozytywną zazdrość, bo w tak zacnym gronie też chętnie bym się wódki napiła, pomimo to, że nigdy nie byłam miłośniczką mocnych alkoholi,a i ten rodzaj muzyki jest mi dość obojętny. Ale lubię spędzać czas w gronie wyjątkowych ludzi.
Ze smutkiem patrze na społeczeństwo, w którym panuje zawiść, zazdrość, gdzie samemu się nie zeżre, ale drugiemu się też nie pozwoli, gdzie widzi się zawsze źdźbło w cudzym oku, a w swoim się belki nie zauważa. I jestem przekonana, że ta zazdrość wynika z niespełnienia, że każdy z WAS, gdzieś głęboko w sercu ma ukrytą szufladkę, a w niej przechowuje najskrytsze pragnienia, by raz w życiu wykąpać się nago w morzu w świetle księżyca, by wypić wino z gwinta na ławce nad rzeką, by zatańczyć na stole, albo zamówić ostrygi w najdroższej knajpie na kontynencie w towarzystwie... Johnny Deppa. Bo jeśli nie macie takich marzeń, to cóż jest warte WASZE życie...
Ludzie, co wy oglądacie w telewizji, na jakie filmy chodzicie w polskich kinach, jakie książki czytacie, że nie pobudzają one Waszej wyobraźni, że nie kreują marzeń, tylko wyrastają z WAS takie zaściankowe kutasiny? Nie szkoda Wam życia na tę zazdrość, na zaglądanie innym do talerza? Nie lepiej samemu pięknie przeżyć życie?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziękowania... ( Tekst z dnia 17 marca 2019 roku)

Wielu moich znajomych pyta mnie poprzez messengera: Czemu milczę, przecież miała miejsce konferencja przedstawicieli kościoła w temacie pe...