poniedziałek, 11 grudnia 2017

Jeśli na moim grobie polny kwiat wyrośnie... (Tekst z dnia 8 kwietnia 2017 roku)


Ostatnie półtora roku zmusiło wielu z nas do filozoficznych rozważań, które w przypadku normalnego toku wydarzeń nie przyszły by nam w ogóle do głowy.
Żyjemy w jakimś obiektywnym świecie, w jakiejś tradycji, nad którą ani nie mieliśmy się czasu zastanawiać, ani nas ona nie obchodziła. Niezależnie, czy byliśmy wierzący, czy nie wierzący, czy przywiązywaliśmy do tych tradycji wagę, czy były nam obojętna, pewne rzeczy wydawały nam się naturalne i zwyczajne i nie warte zaprzątania własnych myśli.
Nowa władza, idąca ręka w rękę z kościołem, uświadomiła nam i to może jest jej jedyny plus, że pewne tradycje, pewne kanony zachowania, wcale nie są nam tak do końca obojętne.
Dopiero teraz, wielu z nas dostrzega wyraźnie pewne pojęcia, które wydawały nam się od nas odległe. Obserwujemy starych dewiantów próbujących meblować mam życie i zaczynamy głośno krzyczeć całkiem na poważnie: „Poproszę o eutanazję, zanim mój mózg aż tak zdziwaczeje...” Coraz częściej, widząc, co władza robi z ziemskimi szczątkami ofiar katastrofy smoleńskiej, prosimy, by nasze ciała po śmierci spalono, a szczątki rozrzucono w dowolnej części świata.
Nikt z nas nie chce bowiem, by jego rodzina zapamiętała go jako na wpół zgniłe mięso spożywane przez robaki. Nie chcemy, by ktoś po naszej śmierci decydował za nas, ile razy i w jakich okolicznościach będą nas z grobu wyciągać i badać. To już raczej jesteśmy się w stanie zgodzić sprzedać swoje szczątki do eksperymentów naukowych i oddać organy do przeszczepów. Bo jeśli nasza śmierć, która jest nieunikniona ma mieć jakieś konsekwencje, to niech one będą dobre.
Niech w żadnym wypadku nie staną się elementem czyjejś politycznej gry, niech nie będą przedmiotem handlu.
I tu dochodzi do głosu to, w co wierzymy. Na ile jest to racjonalne i zgodne ze zdrowym rozsądkiem? Jest także niezwykle ważny element naszej osobistej wolności w stosunku do własnego ciała, która jest od wieków łamana przez kościół katolicki i przez podległą temu kościołowi władzę. Staliśmy się żywym towarem, na którym zarabia się pieniądze. Stało się to tak naturalne, że w zasadzie rodzimy się z syndromem akceptacji tej obrzydliwej formy niewolnictwa. Nie wiem, jak bardzo zimna musiałaby być woda wylewana na nasze głowy, byśmy zaczęli to niewolnictwo i kupczenie naszym ciałem dostrzec i by nas ta religijno- społeczna sukmana zaczęła uwierać.
Wszystko jest jak zamknięte koło, którego nie sposób przerwać. Rodzice, biorąc ślub kościelny, w samym założeniu mentalnie wrzucają swoje przyszłe potomstwo w struktury tego koła. Rodzi się dziecko i wydaje się nam, że ono jest nasze. Lecz jest to swego rodzaju zakup na kredyt. Dostajemy stopniowo częściowy akt własności do tego małego człowieka, ale w zasadzie nigdy on nie jest kompletny. Płacimy za chrzest, płacimy za komunię, płacimy za kolejne sakramenty. A i tak, jak samochód kupowany na kredyt zawsze jest w części własnością banku, tak to nasze dziecko jest własnością kościoła. To zasady ustanowione przez ten kościół, zmuszają nas, byśmy go, naszego potomka, ubierali skromnie, żywili postnymi potrawami, byśmy urządzali mu życie, nie według jego indywidualnych potrzeb, lecz wymogów wiary.
W ten sposób, my rodzice, zabijamy w naszych dzieciach prawdziwy zwierzęcy instynkt, ciekawość świata, umiejętność poznawania go bez barier. My, nasze potomstwo, potomstwo naszego potomstwa, ma przyspawane do twarzy kościelne okulary, przez które musi oglądać świat. Nawet swoje sny musi przez nie oglądać. I całe życie płaci za używanie tych okularów, które nas ograniczają dając nam pozorne poczucie bezpieczeństwa. Poczucie bezpieczeństwa, które nawet nie dotyczy doczesnego życia, lecz jakiejś obietnicy raju po śmierci. Konstrukcja tej manipulacji jest niezwykle prosta, acz genialna. Łatwo jest bowiem sprzedać obietnicę, której realnie nie można sprawdzić, nie można być nigdy pewnym, czy się spełni, a jednocześnie, wszystko zło, jakie spotyka człowieka usprawiedliwić potrzebną doz cierpienia, które trzeba przeżyć, by na ten raj zasłużyć.
Ten, kto ten biznes wymyślił, był geniuszem. Nikt nie wynalazł czegoś równie obrzydliwego, co genialnego. Świadectwem niech będzie fakt, że ludzie, nawet bardzo inteligentni, zajmujący się nauką, mający w codziennym życiu realne dowody, że nauka kościoła jest fałszem, nie potrafią się z tego uzależnienia wyzwolić.
I tak żyjemy od tysiącleci, a niewidoczne kajdany zaczęły się powoli zrastać z nami tak bardzo, że przestały nam ciążyć.
Żyjemy w prawdziwym matriksie, którego nie jesteśmy świadomi. Każde następne pokolenie, rodząc dziecko, zakuwa go od razu w te kajdany, z nadzieją, że one są dobre. Lecz czy istnieją dobre kajdany?
Czasami zdarza się tak, że pojawia się władza, jak nasz miłościwie nam panujący PIS, który chce tak bardzo wykorzystać nasze uzależnienie od kościoła, że przesadzi i nagle te nasze kajdany staja się dla nas widoczne. Przynajmniej dla niektórych. Niektórzy rodzą się na tyle wolni, że kościelne zasady wydaj im się głupie i mu ciążą. Mówi się, że „pierwsza mowa diabła do zgromadzenia ludzkiego, zaczynała się niewinnie, słowami: Dlaczego!”
I niektórzy ludzie rodzą się właśnie z tym diabelskim pierwiastkiem w mózgu. Patrzą na świat i się zastanawiają: Dlaczego mam żyć, tak, jak chcą inni, dlaczego nie mogę nosić stroju, który mi się podoba? Dlaczego nie mogę się opalać nago na plaży, dlaczego nie mogę jeść co chce i kiedy chce. Dlaczego ogranicza mi się wolność wyboru, jeśli ten wybór nikomu nie robi krzywdy?
Takim pytań można by zadać miliony. Szczególnie, kiedy władza próbuje nam odebrać dostęp do wiedzy, do leków, środków antykoncepcyjnych, metod sztucznego zapłodnienia. Zastanawiamy się, dlaczego to, czego pragniemy jest złe? Dlaczego nie wolno nam kochać inaczej niż inni? Dlaczego, jeśli urodziliśmy się homoseksualistami, nie z własnej winy, nie z własnego wyboru, to zabiera nam się prawo do szczęścia?
I tak oto pytania się mnożą przez całe życie. Lecz nasze bycie żywym towarem wcale się nie kończy po śmierci. Wręcz przeciwnie. Wtedy handluje się nawet trupem. Trupem się gra, trupa się używa, jako narzędzia psychicznego maltretowania. No bo przecież człowiek ochrzczony, który całe życie płaci daninę na kościół, nie może być pochowany byle gdzie. Musi wykupić miejsce na cmentarzu, musi zapłacić organiście, księdzu za pochówek, musi mieć pieniądze na pomnik i kwiaty. A ile osób przy tym zarobi? Ksiądz na cmentarzu mówi, że „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz...” Lecz czy ktoś się zastanawia, co te słowa, oznaczają? Oznaczają tylko to, że jesteśmy częścią przyrody, że nasze zewnętrzne ubranie, nasze ciało, powstało ze związków chemicznych istniejących w przyrodzie, a kiedy je zwracamy, powinniśmy w naturalny sposób stać się ogniwem w łańcuchu pokarmowym. To nasze ziemskie ubranie, po oderwaniu od niego energii, która jest nami, pozostaje już tylko elementami z tablicy Mendelejewa. Jedyne, co jesteśmy winni temu ciału, to oddać je na powrót naturze.
Śmierć nie jest niczym innym, jak końcem życia w tym właśnie ubraniu. Trzeba tylko przezwyciężyć tę katolicką mentalność. Zrozumieć na czym polega nasza nieśmiertelność. Zrozumieć, że nasi bliscy, po śmierci, wcale nie walczą o pójście do nieba, nie oczekują tych naszych opłacanych mszy, modłów odprawianych przez plebana, który tych zmarłych nawet nie znał. Nasi bliscy nie są nawet w tych kamieniach, na których są wyryte ich nazwiska. Oni mówią do nas przez zapach wiosny, oni są w szumie drzew i odgłosie burzy. Posłuchajcie...To tak ja w starym radzieckim filmie ( kto z mojego pokolenia, ten zna), który mówi, że „żołnierze, którzy giną na wojnie, powracają do swych bliskich, jako białe żurawie...”
Mówię to wszystko w imieniu tych, którzy nie chcą być po śmierci źródłem dochodów swego proboszcza, którzy nie chcą narażać na koszty swoich dzieci i wnuków. Nie chcą mieć grobowców na cmentarzach, chcą wrócić do natury. Znam wiele osób, które u schyłku swego życia gromadzą fortuny, by mieć po śmierci marmurową tablicę i miejsce pod brzozą. A przecież to wszystko otrzymalibyśmy od natury za darmo... Te pieniądze, które mogliby dać swoim bliskim, lub choćby wpłacić na ratowanie zdrowia innym, marnuje się na tę część życia, która przecież nie istnieje.
Ja jestem tak umówiona z rodziną...Kiedy umrę, chce by mnie spalono w żółtej lub błękitnej sukience, by mnie spalono przy ulubionej muzyce, a moje prochy rozsypano gdziekolwiek. Nie chcę grobu, nie chcę kwiatów. Miłość i szacunek proszę mi okazywać za życia. Kto tego nie rozumie, niech o mnie zapomni po mojej śmierci. Proszę nie płacić kapłanom, za modlitwy w mojej intencji. Człowiek ma wystarczająco dużo czasu, by sobie zapracować na swoją ocenę. Mnie proszę wspominać przy piwie i grillu, nie w kościele i nie na cmentarzu. A jeśli na ziemi, na której będą rozsypane moje szczątki zakwitnie polny kwiat, niech to będzie jedyny kwiat na moim grobie. Będzie on świadectwem, że moje życie nie poszło na marne. A ja żyć będę wiecznie, w oczach moich dzieci, w ich dzieciach, w muzyce, której słucham w wierszach, które czytam w filmach, które oglądam. Bo ja nie czuje się w żadnym wypadku kawałkiem mięsa, które należy złożyć w grobie. Ja , to emocje. Emocje, które nie są na sprzedaż. Jeśli ktoś mnie chce wspominać, niech to robi w sercu, nie na cmentarzu. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polska jest jedna? A od kiedy? ( Tekst z dnia 13 listopada 2019 roku)

Trochę nas wczoraj potrzymali w niepewności. Trudno było doczekać do tej 16-tej, kiedy się zbierze Senat, a tam jedna procedura za drugą...