niedziela, 10 grudnia 2017

Miejcie odwagę... (Tekst z dnia 30 sierpnia 2016 roku. )

Każdy z nas przechowuje w swej pamięci miliony wspomnień. Bardzo mało z nich potrafimy wydobyć na powierzchnię. Zazwyczaj pamiętamy lepiej to, co się wiąże z jakimiś ważnymi datami lub wydarzeniami, ważnymi dla nas, lub dla świata. Kiedy Danusia z KOD Szczecin, powiedziała o wspomnieniach z sierpnia 80, ja przestraszyłam się, bo odkryłam jakąś czarną dziurę w swej pamięci, ale powoli, powoli zaczęła się ta dziura wypełniać. Pamiętam przedsierpniowe wakacje, które większość z nas spędziła w kolejkach po podstawowe produkty. Wtedy jeszcze nie było kartek. Każdego dnia rano mama budziła nas i wsiadaliśmy na rower, by odstać swoje kilo cukru. Po mięso trzeba było iść na noc i też często to my, młodzież spędzaliśmy te noce pod sklepem. Rano przychodziła mama, by kupić co trzeba. Chociaż nie była to zbytnia filozofia, gdyż do sklepu przywożono co najwyżej trzy gatunki kiełbasy i nie było szans, by dostać więcej, niż po jednym kilogramie z każdego gatunku. Ja w tym pamiętnym roku skończyłam podstawówkę i od września wyjeżdżałam do dużego miasta, do szkoły średniej. Spakowałam swoje rzeczy, nie było tego zbyt dużo, gdyż na wiosnę moja młodsza siostra miała iść do komunii i wszystkie pieniądze odkładane były na ten cel. Ja więc, nie dostałam z tej okazji żadnej nowej wyprawki, tylko poduszkę, kołdrę, i parę złotych na przeżycie. Nie dostałam się bowiem do internatu, musiałam zamieszkać w kwaterze prywatnej, oddalonej co najmniej 10 kilometrów od szkoły. Tak więc mama odwiozła mnie i zostawiła w miejscu zupełnie mi nie znanym. Rok szkolny miał się zacząć pojutrze, a tymczasem strajkowało wszystko, autobusy i tramwaje również. I tak jak dla mnie najważniejszym skutkiem podpisania porozumień w gdańsku, było to, że następnego dnia mogłam wsiąść w autobus nr 51, który zawiózł mnie do centrum, a potem na tramwaj zatrzymujący się przy mojej szkole. Byłam patriotką, chodziłam do kościoła, ale politycznie byłam zupełnie jałowa. Mieszkając na wsi, oglądając tylko program pierwszy TV, słuchając państwowego radia, trudno było sobie wyobrazić jakiś inny świat, inny ustój. Wszystko było oczywiste i poukładane, nawet ta bieda i pustki w sklepach. Sierpień 80, to nie był jakiś koniec kłopotów. Teoretycznie, władza się zgodziła na wszystkie postulaty i je podpisała. Ale ciągle były wyniszczające kraj strajki. Kiedy jedna branża kończyła strajk, zaczynała druga. Na ulicach ciągle były manifestacje, które rozgramiała milicja. Trochę to było śmieszne ale i straszne. Często oddziały milicji posuwały się zwartym szykiem uderzając pałkami w tarcze, co dawało niezwykle ponure i złowrogie wrażenie. Ja naprawdę nie za bardzo w tych czasach wiedziałam o co chodzi, nie angażowałam się w jakieś ulotki lub konspiracyjne spotkania. Co najwyżej dołączałam się do obraźliwych tekstów w kierunku milicji, ale tylko dlatego, że zbyt szczegółowo sprawdzała bilety na koncert. Może ktoś z Was pamięta taki słynny koncert grupy, Classicx Nouveaux w hali Olivia w Gdańsku, gdzie była regularna bitwa z milicją, z wyzwiskami od faszystów i cegłówkami w tle. Też usiłowałam wejść na ten koncert. Ale to już było w stanie wojennym. Ten rok pomiędzy porozumieniem sierpniowym a 13 grudnia, był naprawdę bardzo burzliwy. Sklepy były coraz bardziej puste. Jeśli ktoś, tak ja ja, nie mieszkał w internacie i musiał sam się wyżywić, cierpiał z powodu notorycznego głodu, nie z braku pieniędzy, ale możliwości ich wydania. Czasem kupowało się coś w tak zwanym sklepie komercyjnym, dla bogaczy, ale tam naprawdę ceny były zbyt wysokie dla przeciętnego człowieka. Tak naprawdę, pamiętam z tamtych czasów zapach kiełbasy, którą mieli na kanapkach inni i tę nieodpartą myśl, że gdyby zdjęli flak z tej kiełbasy, to chętnie by się ten flak zjadło. Właściwie, cały ten rok przeżyłam na bułkach z serkiem topionym, herbacie słodzonej landrynkami i „cytronecie”, niezwykle popularnym w tych czasach napoju gazowanym sprzedawanym w litrowych butelkach. Strajków komunikacji było w ciągu tego roku jeszcze z pięć. Nigdy nie było wiadomo, czy jutro będzie chleb, czy będą strajkować piekarze, czy dowiozą mleko, albo czy pociąg nie stanie gdzieś w polu, bo znowu kolejarze postanowili powalczyć o swoje. Czy to wszystko było dobre? Obiektywnie patrząc nie. To doprowadziło Polskę na skraj bankructwa. Było przede wszystkim bardzo upierdliwe dla zwykłego obywatela. Ale nigdy nie trzeba zbyt wcześnie oceniać wydarzeń historycznych, ponieważ efekt końcowy przychodzi dopiero po latach. Ta ruina, do której doprowadzono Polskę, zaowocowała zniszczeniem komunizmu. Po prostu ta władza została zapędzona w taki ekonomiczny narożnik, z którego już nie było wyjścia. A co do moich wspomnień, to pamiętam zapach rzeki, kiedy staliśmy na moście, a z jednego z balkonów wychodzących z przybrzeżnej kamienicy przemawiał Wałęsa w kufajce. Pamiętam, jak mówił, że nie wszystko nam może powiedzieć, bo dwóch niebieskich stoi i słucha. Pamiętam śpiewaną po cichy piosenkę: „Żeby Polska była Polską” , gdy nam, patriotom wydawało się jeszcze, że mamy to samo na myśli, co jej autor. O Katyniu dowiedziałam się z ulotek w tramwaju, lub w tunelu, przez który musiałam przechodzić idąc z autobusu na tramwaj. Pamiętam swoje wypracowanie na temat: „Czym dla mnie jest patriotyzm”, bo wprowadziłam nim w konsternacje swoja nauczycielkę od literatury. Wszyscy pisali o bohaterach narodowych a ja, że patriotyzmem dla mnie jest, kiedy ustąpię babci miejsce w autobusie, lub kiedy pomagam rodzicom w polu. Kiedy w marcu 81 roku pobito Jana Rulewskiego, o czym też można się było dowiedzieć tylko z tego, co szeptano na ulicach, stało się jasne, że bój się dopiero zaczyna, że dzieje się historia, że powiew wolności miesza się w powietrzu z zapachem krwi. Lecz stan wojenny przyszedł, jak dla mnie zupełnie niespodziewanie. W środku zimy, przed samym Bożym Narodzeniem, kiedy wszyscy już powoli myśleli o wigilijnym nastroju. Poszłam rano do kościoła i jakoś tak dziwnie ksiądz smętnie nawijał, jakoś tak cicho się wszyscy modlili, a ponieważ nie mogłam na wynajętym pokoju korzystać z telewizora, nie miałam pojęcia, co się stało. W poniedziałek, jak zwykle pojawiliśmy się w szkole. Mieliśmy wtedy klucz do radiowęzła, gdzie się udzielaliśmy i tam zostawialiśmy swoje rzeczy. Na wygłuszonej płytami z prasowanej tektury ścianie narysowana była radziecka, czerwona gwiazda, do której celowaliśmy lotkami siedząc wygodnie w fotelu i puszczając muzykę. Tego dnia ktoś zaraz przed ósmą odpalił kabaret Laskowika i Smolenia, co poskutkowało wtargnięciem dyrektora, który właśnie został mianowany na komisarza szkoły.
I kiedy tak zaczynam opowiadać o tamtych czasach, czarna dziura znika i mam coraz więcej wspomnień i pamiętam coraz więcej szczegółów. W stanie wojennym wszystko się uspokoiło i żyliśmy w nieświadomości, że gdzieś tam w mentalnych podziemiach wszystko wrze i kipi. W kółko pokazywano nam w TV kompromitującą rozmowę Lecha Wałęsy, która miała niby świadczyć o tym, jakim jest wulgarnym człowiekiem i zdrajcą. Muszę przyznać, że Lecz Wałęsa potrafił bluźnić, sama słyszałam, ale o czym to niby miało świadczyć. Kiedy ostatnio usłyszałam, tak zwane „taśmy prawdy” przedstawione przez PIS, od razu przypomniały mi się tamte ubeckie metody działania: Coś podsłuchać, coś wyrwać z kontekstu, coś zasugerować i już można zakręcić społeczeństwem . Pamiętam też, jak nas, młodych zwoływano do kościoła na tak zwane spotkania studenckie, gdzie zamiast modlitwy była agitacja polityczna. W kościołach, podczas mszy, często modliliśmy się za internowanych. Kościół w tamtych czasach stracił wielu wiernych. Nie dla tego, że popierał Solidarność, co większość ludzi uważała za słuszne, ale tak brutalnie poszedł w politykę, że zupełnie zapomniał o swej misji. Przestał być dla ludzi pomocą, przestał uczyć miłości, zaczął być ostoją nienawiści i zemsty. Boga z kościołów wygnano, skazano na banicje, a miejsca kultu religijnego stały się bazarami, na których kupczy się prawdą. Często mi się zdarzało wtedy wychodzić z kościoła.
Analizując tamte dni, dokładnie pamiętam twarz Wałęsy, Mazowieckiego, Michnika i Kuronia. Parę gęb z obozu władzy też bym rozpoznała. Ale zabijcie mnie, nie mogę sobie przypomnieć, by gdzieś pojawiali się bracia Kaczyńscy. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy byli w Gdańsku w sierpniu, powiedziałabym prawdę: Nie widziałam żadnego. Podobno któryś był, ale to wiem tylko z późniejszych relacji. Może pojawiają się na jakiś zdjęciach, ale nie mogli odgrywać ważnej roli, bo usłyszałam o nich, dopiero, kiedy Wałęsa został prezydentem. Jest to dla mnie dość obrzydliwe, że ten dziwny, niepozorny człowiek, próbuje Nam w tej chwili ukraść nasze wspomnienia. Próbuje zmienić nie tylko naszą przyszłość w koszmar, ale zabiera nam może najważniejsze wspomnienia z naszego życia.
Panie Kaczyński, przeszłości się zmienić nie da. Nie da się zmienić faktu, że Lech Wałęsa, pierwszy REBELIANT Rzeczpospolitej, jest wielkim człowiekiem, całym swoim dorosłym życiem zaświadczył, że jest bohaterem, że jest patriotą i jednym z najodważniejszych Polaków. Nasz obecny prezydent, mógłby, co najwyżej, wyczyścić mu buty, a jestem pewna, że będzie znowu go obrażał z tą swoją wyuczoną przed lustrem miną nastroszonego buca. Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, jaka historyjkę wymyśli dziś Kaczyński, jaką bajkę nam opowie, ludziom, którzy pamiętają dobrze tamte czasy? Co zrobi Duda, by poniżyć prawdziwych bohaterów, a wywyższyć swą polityczną familie?
I tu chciałaby pozdrowić serdecznie moje koleżanki z KODu szczecińskiego. Wiem, że się szykujecie na uroczystości sierpnia 80, że będziecie miały wątpliwą przyjemność gościć u siebie państwowe władze. Dziewczyny, pokażcie, że „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy” i żadne wymyślone historyjki nie zmienią zasług bohaterów sierpnia. Trzymam za Was kciuki, jestem z Wami całym sercem! Odwagi! I nie dajcie się kibolom! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polska jest jedna? A od kiedy? ( Tekst z dnia 13 listopada 2019 roku)

Trochę nas wczoraj potrzymali w niepewności. Trudno było doczekać do tej 16-tej, kiedy się zbierze Senat, a tam jedna procedura za drugą...