wtorek, 12 grudnia 2017

Mój ostatni dzwonek. (Tekst z 29 sierpnia 2017 roku. )

Pamiętam tamten sierpień. Nowa szkoła w wielkim mieście, mieszkanie na pokoju bardzo daleko do tej szkoły. Na pewno z 7, 8 kilometrów, a ja z dworca głównego z walizkami na piechotę. W mieście nie działało nic, nie jeździły tramwaje i autobusy, podziemne tunele oblepione były ulotkami, z których tacy ludzie, jak ja, wyruszający z małych miast i wsi, dowiadywali się o tym, czego w telewizji nikt nie mówił. Pamiętam tamten zapach nocnego miasta i zbliżającej się porannymi mgłami jesieni. Takie mam wspomnienia, z perspektywy czasu dość przerażające, bo i moja prywatna droga zaczynała się jakby od nowa, ale i świat, który zastałam był zupełnie inny. Dzieciństwo się skończyło, zgasło, jak wypalona świeca.
Z radością przyjęłam fakt, że władza komunistyczna dogadała się z Solidarnością. Dla mnie oznaczało to przede wszystkim tyle, że 1 września mogłam pojechać do szkoły autobusem, a nie musiałam iść przez pół miasta na piechotę. Dopiero potem przekonaliśmy się, że prawdziwe kłopoty dopiero się zaczęły. Strajki wcale nie ustały na dobre. Rząd podpisał porozumienie, ale było to ustępstwo pozorowane. Cofnęli się, by uśpić protestujących i by zyskać trochę czasu. Typowy zabieg, który charakteryzuje także PIS. Myślę, że nie zdawali sobie sprawy, że gdzieś w gwiazdach wszystko jest już przesądzone, że nie ma co przesuwać wyroku o miesiąc, czy dwa. Ludzie nie dali się uśpić, nadal strajkowali. Na ulicach oddziały milicji spychały ludzi i zmuszały do ucieczki. Bili gumowymi pałkami w wielkie metalowe tarcze przypominając średniowiecznych rycerzy. W ciągu tego roku dwa razy widziałam Wałęsę. Przemawiał na balkonie jednej ze starych kamienic. Miał na sobie kufajkę. Ale nie były to płomienne przemówienia, lecz raczej żarty z milicjantów przemykających się przez tłum. Ludzie słuchali w milczeniu, nawet nie klaskali. Panowała atmosfera strachu. Tak, Wałęsa był wtedy numerem jeden, dla jednych wrogiem, dla innych bohaterem, a o Kaczyńskich nikt nie słyszał...
Byłam bardzo daleko od domu i jako osobie mieszkającej w prywatnej kwaterze, nie przysługiwały mi obiady w internacie. A sklepy były puste. Pamiętam smak napoju o nazwie cytroneta i jedynego dostępnego produktu do smarowania chleba, czyli serka topionego. Pamiętam obrzydliwy smak herbaty słodzonej landrynkami, kiedy brakło cukru. A kiedy głód naprawdę zaatakował, zawsze zostawała tak zwana buda z hot dogami, hot dogami komunistami, czyli takimi bez parówki, ale z pieczarkami i cebulą. Smak nie do powtórzenia. Koledzy, którzy mieszkali z rodzicami, przynosili do szkoły kanapki z kiełbasą i z lubością ściągali i wyrzucali flak, a nam przyjezdnym, z daleka od mamy, pozostawało tylko połykać ślinę. Gdybym się nie wstydziła, poprosiłbym wtedy o ten flak, tak bardzo tęskniłam za kiełbasą. Wtedy jeszcze chodziłam do kościoła, który był jeszcze z ludźmi. Dopiero stan wojenny odepchnął mnie od wiary, bo w kościołach zamiast mszy odbywały się wiece. Kościół, który nagle stracił nadzieję na szybkie zwycięstwo Solidarności i związane z tym przywileje, wił się, jak dzikie zwierze. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w kościele miecz nienawiści, który zadawał ciosy na ślepo, winny, czy nie winny...
Teraz kościół zdradził nawet Wałęsę. Okazało się, że zawsze był fałszywym przyjacielem. Raczej nie z tych przyjaciół, którzy zawsze podadzą rękę i których poznaje się w biedzie.
Życie... dopiero patrząc wstecz widzimy co było w nim naprawdę ważne. Wspominamy tamto lato, tamtą jesień niespokojną. Jeśli ktoś oglądał film: Ostatni dzwonek, ten może sobie wyobrazić, jak wtedy było. Tacy właśnie byliśmy, niepokorni zbuntowani. To film o moim pokoleniu. Wielu z nas miało epizody na posterunku milicji, złapani na roznoszeniu ulotek, nie jeden z nas przyjął pały na plecy tylko za to, że się policjantowi nie spodobał. Przeżyliśmy to i zdaje się, że znowu mamy szanse przeżyć swoją młodość od nowa. Może to żal za młodością przeze mnie przemawia, ale wydaje mi się, że ludzie byli wtedy dużo bardziej zaangażowani, zdesperowani, każdy pomagał jak tylko potrafił.
A dziś znów się szykujemy na manifestację. Tylko tyle, że prawdziwi bohaterowie zostali zepchnięci na margines, a na drabinki weszli fałszywi prorocy. To smutne, że ludzie nie potrafią się cieszyć i być szczęśliwi, że zawiść i chęć zemsty za własne nieudane życie zalewają im oczy.
Tak Jareczku! Wtedy każdy mógł zostać pozytywnym bohaterem! Wystarczyło trochę odwagi, której ci zabrakło. A dziś masz już tylko szansę zostać bohaterem negatywnym, co skrupulatnie wykorzystujesz.

Widzę, jak się organizujecie, zarówno w Gdańsku, jak i w innych miastach Polski. Wszędzie mam swoich szpiegów! Wprawdzie, walka z PISem to przysłowiowa siła złego na jednego, bo PIS wytrącił nam z rąk wszystkie narzędzia. Pozostały nam chyba już tylko media, resztę zagarnął i przerobił na swoją modłę, ale protestować trzeba, by się kochanej władzy nie wydawało, że wszyscy ją popierają, by nie miała nawet chwili spokoju i satysfakcji. Zawsze, kiedy widzę te przygotowania to rośnie mi serce i zaczynam żałować, że ciągle na WAS krzyczę, a z drugiej strony mam wiele obaw, czy uda się WAM dokuczyć władzy w wystarczającym stopniu i ją zaniepokoić.
Wszystkie regiony Polski pozdrawiam i trzymam kciuki, ale chciałabym szczególnie pozdrowić moich przyjaciół ze Szczecina. Oni mnie nigdy nie zawiedli! Tam są prawdziwi rebelianci. Nie tylko organizują się w internecie, nie tylko między znajomymi i w rodzinach. Cały czas prowadzą akcje agitacyjne na ulicy, często przyjmując na twarz obelgi i niechęć, produkują i roznoszą ulotki idąc od drzwi do drzwi, jak świadkowie Jehowy. Tylko tyle, że nie przynoszą dobrej nowiny, tylko złą, że Jarek ciągle w tym kraju rządzi i go rujnuje.
Dla mnie jesteście bohaterami! Patrzę na WAS ze łzami w oczach widząc WASZE zaangażowanie. To wśród WAS kołaczą się resztki mojej nadziei, że coś jeszcze można zmienić. Dlatego, jako ilustrację tego listu, który WAM osobiście poświęcam, umieszczam WASZA ulotkę. Każdy powinien ją przeczytać, bo nawet przecinki w jej treści są mądre i trafiają w punkt! Polska powinna brać z WAS przykład.
Pozdrawiam i czekam na WAS 31 sierpnia, także tych, którzy będą osobiście bronić własną piersią dobrego imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku. Bądźcie wielcy, ja mogę tylko o WAS napisać. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziękowania... ( Tekst z dnia 17 marca 2019 roku)

Wielu moich znajomych pyta mnie poprzez messengera: Czemu milczę, przecież miała miejsce konferencja przedstawicieli kościoła w temacie pe...