sobota, 9 grudnia 2017

Moja wina. (Tekst z dnia 17 czerwca 2016 roku. )

Większość uważa, że ten temat go już nudzi. Mnie też, ale bywają takie wydarzenia, takie wypowiedzi, że trudno jest je przemilczeć lub nie zareagować. A ponieważ zanosi się, że o KATASTROFIE SMOLEŃSKIEJ będziemy jeszcze długo rozmawiać, więc i tak rozmów o niej nie unikniemy. Do powrotu do tego tematu skłoniły mnie wypowiedzi, mówiąc kolokwialnie „kobiet smoleńskich”. Jedna to żona Generała Błasika, a druga, matka kapitana Protasiuka. Nie jest moim zamiarem dowodzenie tutaj, kto bardzie zawinił i czy w ogóle. Nie jestem bowiem ekspertem, tylko czasem latam samolotami.
Wróćmy do chwil po katastrofie. Wielokrotnie wspominałam, że w stosunku do ofiar znanych z telewizji, wszyscy byliśmy wstrząśnięci. Jest to trudne, pogodzić się z odejściem tak wielu znanych osób w jednym momencie. Nie sądzę, by z tego powodu było lżej rodzinom tych ofiar, ale zapewne czuły one nasze wsparcie i współczucie. Wtedy również wymieniano często nazwiska pilotów i obsługi, ale ich rodziny cierpiały jakby w cieniu. Nie należały bowiem do tej, jak się dziś twierdzi, elity polskiego społeczeństwa. I tak naprawdę są to dziś ofiary zapomniane. Ich rodziny nie pchają się do udzielania wywiadów, do polityki, nie bywają na pierwszych stronach gazet. I po latach to tych ZAPOMNIANYCH, żałuję najbardziej. Po pierwsze, że mamy tu do czynienia z młodymi osobami. Nie, bym jedno życie ceniła bardziej niż inne, ale mieli jeszcze sporo przed sobą.
Wszystkie informacje na temat okoliczności katastrofy wyraźnie pokazują, co się stało. I niestety, największą winę przypisuje się pilotom. Ale by kogoś winić, trzeba zakładać, że działał świadomie i z własnej woli. Jeśli ktoś obserwuje scenę polityczną, od razu się domyślał, że tej własnej woli nie było. Potwierdzenie nadeszło wraz z odczytaniem czarnych skrzynek. Lech Kaczyński zachowywał się dokładnie tak, jak dziś się zachowuje jego brat. Uważał, że jako prezydent ma władzę absolutną. Mógł dyrygować nawet pilotami samolotu, lub im grozić zwolnieniem. Szkoda, że nie miał żadnej operacji chirurgicznej, bo pewnie próbowałby także dyrygować chirurgiem. W końcu na medycynie znał się w równym stopniu, jak na pilotowaniu Tupolewa. Takie zasady wyznawali bracia Kaczyńscy. Uważali, a Jarosław nadal uważa, że inni ludzie są od nich głupsi i gorsi. A więc: Pan każe, sługa musi.
O konfliktach na pokładzie prezydenckiego samolotu było słychać od dawna. Niestety, w Polsce, nikt nie ma odwagi sprzeciwić się władzy. Tak było wtedy i tak jest do dziś. Zwracam się więc do Mamy kapitana tego nieszczęsnego samolotu:
Droga Pani Lucyno! Gdybyśmy żyli w świecie maszyn, sprawa byłaby prosta. Pani syn, nie trzymając się procedur usiłował wylądować na nieprzystosowanym lotnisku, w bardzo złych warunkach atmosferycznych. Zakończyło się to katastrofą samolotu. W świecie maszyn, byłoby to nie do wybaczenia. Ale żyjemy w świecie ludzi. I nikt rozsądny Pani syna nie wini. Wiemy, że żałowano pieniędzy na szkolenie pilotów, wiemy, że podczas poprzednich lotów prezydent w sposób urągający mundurowi lotnika naciskał na pilotów. Z zapisu czarnych skrzynek wiemy, że w kabinie pilotów panował „ ruch, jak na Marszałkowskiej”. Jedyną winą Pani syna było to, że szanował oficera wyższej rangi, że nie potrafił się sprzeciwić bałaganowi, że nie potrafił odmówić poleceniom. Tak naprawdę nie mógł tego zrobić, bo w Polsce stałby się zdrajca, który nie chciał lecieć do Katynia. Szkoda, że nie wywalił tego całego towarzystwa siedzącego mu na głowie za drzwi. Zapłacił za to życiem. Zapłacił także za to, że nikt nie brał pod uwagę sytuacji, w jakiej się znaleźli. Przecież Polak, jak kot, zawsze spada na cztery łapy, więc i tym razem powinno im się udać. Mam nadzieję, że śmierć Pani syna będzie przestroga i nauką. Nauką dla pilotów ale także dla ich dowódców. Na pokładzie samolotu, to kapitan jest najwyższą władzą. Nie ma nad nim ani generałów ani prezydentów. Tylko on ma prawo podejmować decyzję. W tym wypadku zrobił to ktoś inny, a dziś zrzuca się winę na Pani syna. Bardzo Pani współczuję i tej straty i tego, że nikt prawdy nie mówi i musi Pani znosić upokarzające oskarżenia, by ktoś inny mógł się poczuć lepiej. I tu czas powiedzieć coś o drugiej postaci tego dramatu. Wiem, droga Pani Błasik, że zawsze będzie Pani bronic męża, tak, jak ja broniłabym swojego. Ale niepotrzebnie się Pani skupia na raporcie z sekcji zwłok i ilości alkoholu we krwi Pani męża. Pani mąż, był w tym samolocie pasażerem. Nikt, nie miałby mu za złe, gdyby wypił alkohol, jeśliby miał na to ochotę. Miał takie prawo, jak wszyscy inni pasażerowie. I nie bądźmy hipokrytami, gdyby do komunii, przystępowali wyłącznie trzeźwi ludzie, to nikt by tego nie czynił. Wielu przystępuje do komunii po sobotnich libacjach, na kacu, albo podlewa hostię piwkiem zaraz po wyjściu z kościoła. Komunia jest symbolem i raczej czystość myśli jest wymagana dla zachowania szacunku, a nie czystość żołądka. Nie potrzebnie ten raport z sekcji zwłok Panią oburza, bo nie ma w nim niczego godnego zgorszenia. Znacznie gorsze jest to, że Pani mąż nie zachowywał się jak pasażer. Swoją obecnością denerwował załogę i odwracał uwagę pilotów od pilotowania. Pozwolił, a jako pilot nie powinien, by przez kabinę przechodziły całe oddziały różnych niepożądanych osób. Gdyby kapitan Protasiuk nie był zastraszany i naciskany, gdyby to on decydował, to po prostu na nagraniach usłyszelibyśmy jedno zdanie: Wypierdalać wszyscy z kabiny!. Ale wtedy może nie byłoby potrzeby tych nagrań odczytywać, bo wszyscy żyliby do dziś. Kapitan Protasiuk nie był samobójcą, ale jak miał się w tych warunkach skupić na lądowaniu? Wiem, Pani tego nigdy nie przyzna, że jest w tej katastrofie trochę tej winy Pani męża. Ma Pani takie prawo i może nawet siebie oszukiwać. Zdaję sobie sprawę, że nie chce Pani żyć z tym piętnem. Ja wierze w dobrą wolę ludzi i mam taką nadzieje, że Pani mąż po prostu źle ocenił sytuacje, był człowiekiem zbyt odważnym, by w porę dostrzec zagrożenie. Jedno jest pewne, nie miał prawa być w kabinie pilotów i tego nic nie zmieni. A Pani, jeśli nie potrafi tego przyznać, to po prostu powinna Pani milczeć. Bo to jest piękne, że zawsze staje Pani po stronie męża, to jest miłość. Ale próbując go wybielić, automatycznie zrzuca Pani winę na kogoś innego, a tego się powinna Pani wstydzić. Rozdrapuje Pani rany rodzinom pilotów, które cierpią tak samo, jak Pani. Minęło już sporo czasu od katastrofy. Teraz powinniśmy się starać sobie wszyscy nawzajem wybaczyć. A potem spróbować wyciągnąć wnioski, by nigdy więcej nie doszło do podobnych zdarzeń. Wszyscy młodzi piloci powinni wiedzieć, że pilotując samolot, to oni są w nim bogiem. Nikt nie ma prawa ich zastraszać, bo to oni biorą odpowiedzialność za życie pasażerów. Nikt nie ma prawa podejmować za nich decyzji, a generałowie powinni wiedzieć, że pasażerowie siedzą w samolocie na miejscu pasażera i robią wszystko, by nie przeszkadzać obsłudze.
To proste. Tego, co się stało nie naprawimy, ale spróbujmy przekuć to na coś dobrego. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Znak od boga. ( Tekst z dnia 17 kwietnia 2019 roku)

Krótkie chwile, kiedy wydaje mi się, że wydarzy się coś wyjątkowego, jak sama nazwa wskazuje, są krótkie. Na przykład dziś...Zapowiedź, że...