poniedziałek, 11 grudnia 2017

Niech wygrywają najlepsi. (Tekst z dnia 9 marca 2017 roku. )

Drodzy moi czytelnicy i polityczni dyskutanci. Dziś trochę na chwile odbiegnę od polityki, chociaż tak nie do końca. Z góry przepraszam wszystkich kibiców Barcelony i ludzi, których sport w ogóle nie obchodzi, ale niestety muszę wypuścić parę i zrzucić, co mi na wątrobie leży...
Kiedy mieszkałam w Polsce byłam zafascynowana drużyną piłkarską FC Barcelona, chociaż sercem jestem fanka zupełnie innej drużyny, która obecnie nie gra w Lidze Mistrzów. Ale dawniej to była zupełnie inna Barcelona, ta jeszcze z Ronaldinho i Puyolem czy Patrickiem Kluivertem. Czysta piękna piłka, a bynajmniej ja ją taką widziałam. Tu, na miejscu, w Hiszpanii trochę to wszystko zaczęło inaczej wyglądać, szczególnie ta nowa Barcelona szybko straciła moje serce.
Może ja po prostu jestem idealistką i chciałabym by gra zawsze była uczciwa, by zawodnicy, którzy odbierają ogromne pieniądze, zawsze grali do przodu, by po meczu pozostała trawa powyrywana z boiska i by krew się lała a trup kładł się gęsto... Może zbyt wiele oczekuję. Ale mam już dość piłkarzy, których głównym celem nie jest strzelenie piłki do bramki przeciwnika, a jedynie wymuszanie rzutów wolnych i karnych? Może mam dość piłkarzy nominowanych do złotej piłki czy złotego buta, których największą zasługa jest to, że nastrzelali największą ilość rzutów karnych, na które pracują inni. Oni, ci piłkarze będący w cieniu tych pseudo gwiazd, nigdy nie dostają medali. Dlaczego zawsze te same osoby są nominowane do nagród, a pomija się zawsze Roberta Lewandowskiego, który od dawna jest lepszy od większości z tych wielkich? Obserwuję hiszpańską ligę od 15 lat. 80 % pieniędzy z podziału piłkarskich zysków idzie na te zespoły z górnych miejsc w tabeli. Reszta dostaje tylko ochłapy. Nigdy nie będzie stać tych zespołów, by kupili lepszych piłkarzy, nie mają wyspecjalizowanych gabinetów odnowy i wysokich ubezpieczeń od urazów. A mimo to często stawiają czoła takiej Barcelonie. Wiem, co się WAM w tej chwili ciśnie na mózgi...Nie, nie jestem jakąś specjalną entuzjastką Realu Madryt, nie sikam na widok Ronaldo i nie kibicuję PSG. Ligę francuską oglądam rzadko, mam kontakt z tymi zespołami w zasadzie tylko w Lidze Mistrzów, chociaż znam grających tam piłkarzy głównie z Mistrzostw świata, czy Europy. Ale przyznaje się bez bicia, od dawna nie lubię Barcelony, bo w bardzo ewidentny sposób sprzyjają jej hiszpańscy sędziowie krzywdząc inne drużyny.
Był taki mecz na Mistrzostwach Świata, chyba w jakimś kraju w Ameryce Południowej, może w Meksyku, gdzie grała Polska. Był taki mecz Polska -Maroko, kiedy piłkarze marokańscy, którym wystarczył bezbramkowy remis, przez większość czasu podawali piłkę między sobą nie pozwalając Polakom przeprowadzić ani jednej sensownej akcji. To była tiki taka zastosowana po raz pierwszy. O jak nas to wtedy wkurzyło! Potem był finał LM między Barcelona a Interem, kiedy Inter po zdobyciu pierwszego gola zupełnie przestał grać podając sobie piłkę na swojej połowie i nie dopuszczając Barcelony do gry. To była tiki taka po raz drugi. W jednym i w drugim przypadku, była to taka taktyka na jeden mecz. Niestety, Barcelona zrobiła z tej taktyki religię. Nie ma znaczenia, że ludzie płacą po 300 euro za możliwość oglądania meczu. Barcelona strzela bramkę i stoi i jest nudna, jak flaki z olejem.
Oczywiście piję tu do wczorajszego nieszczęsnego meczu. Do tego cudu, który był zwyczajnym oszustwem. Zawsze ceniłam sobie mecze LM, bo przynajmniej sędziowie nie byli Hiszpanami, więc liczyłam na jakąś minimalna uczciwość. Nie trzymałam za jedną lub drugą drużyną. Po prostu chciałam obejrzeć fajny, dobrze zagrany mecz. Nie mogę powiedzieć, by Barcelona się nie starała, bo sytuacja byłą taka, że musiała się starać. Ale odpowiedzcie mi, ile razy w meczy w Paryżu, w którym PSG wygrywało z Barcelona 4:0, piłkarze drużyny francuskiej usiłowali wymusić rzut karny? Ile razy zrobiła to wczoraj Barcelona? Dwa rzuty karne, wymuszone, wyciągnięte z kapelusza, jak zaczarowane króliczki, przesądziły o wyniku meczu. Przesądziły w momencie, kiedy sędzia nie widział wielokrotnie piłki zagranej ręką na polu karnym, nie dawał żółtych kartek za groźne faule.
Bardzo się zmieniła ta gra w ostatnich latach. Piłkarze nie zajmują się grą lecz zastępują sędziów. Oni wiedzą najlepiej, kiedy sędzia powinien podjąć właściwą decyzję, właściwą na ich korzyść i skutecznie to wymuszają.
Jest mi smutno. Mam moralnego kaca, bo w tym burdelu, jakim stał się ostatnio świat, sport zawsze był dla mnie odskocznią. Jestem zawiedziona, że i tu kasa rządzi wszystkim, że w końcu, tak, jak w polityce, zawsze wygrywa banda zadufanych w sobie oszustów.
Nie, nie myślcie, że patrzę na to jednostronnie. Największą winę za wczorajszy wynik meczu mają piłkarze PSG! To taka nauka i dla nas, którzy uwikłani jesteśmy, jak na boisku, w społeczno polityczne przepychanki. Bierny opór zawsze kończy się źle! Nie można zawsze tylko odpierać ataków. Francuski zespół miał wystarczająco dużo potencjału, by atakować. Przyjęli taktykę na przeczekanie, biernie pilnowali swojej bramki i to się skończyło przegraną. To jest dla nas bardzo wielka nauka. Nauka w meczu między nami a PIS. W tym meczu, jest jak wczoraj już pięć do zera. Jeszcze jedna bramka i nie będziemy się liczyć w światowych rozgrywkach.
Tu także, jak w piłce, harujemy jak woły w drugiej linii, a potem sadzamy na świeczniku ludzi, którzy sobie na to nie zasłużyli, by zlizywali śmietankę. Zupełnie, jak podczas ostatnich Mistrzostw Świata uznano Messiego, który grał żenująco kiepsko, za najlepszego piłkarza mistrzostw. My też wybieramy jakiegoś Trampa, jakiegoś Kaczyńskiego, jakiegoś innego idola i wybieramy bierną taktykę sprzeciwu.
Staram się nauczyć przegrywać. A przecież były czasy, że to moja ulubiona drużyna przegrywała wielkie mecze i mogłam się z nimi popłakać z żalu, ale przyjmowałam z pokorą werdykt losu i uznawałam wyższość zwycięscy. Ale wczoraj popłakałam się raczej ze złości. Najbardziej nas wkurza bezsilność. To, że widzimy jawną niesprawiedliwość, której nie potrafimy nic zaradzić. I znowu bohaterami zostają zadufane w sobie cieniasy i śmieją się nam w twarz. 
No cóż, kurtyna opadła, drzwi się zamknęły i zagwizdał ostatni gwizdek. Koniec meczu! Niczego się już nie da odwrócić.
Barcelonie trzeba tylko pogratulować, że znowu się ślizgnęła i znowu miała szczęście. Lecz czy szczęście sprzyja najlepszym?
I znowu w grze pozostały te same, co od lat zespoły. A ja oczekuję jakiegoś oczyszczenia. 
 Kibiców Barcelony przepraszam. Przeprasza, że tu żyję i zbyt wiele wiem o hiszpańskim footballu. Pewnie, gdyby to była moja drużyna, też bym na patrzyła inaczej. Też bym im wszystko wybaczyła. Niestety miłość jest ślepa. Nie rozumiem tylko, dlaczego hiszpańscy kibice gwizdali na hymnie Ligi Mistrzów.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polska jest jedna? A od kiedy? ( Tekst z dnia 13 listopada 2019 roku)

Trochę nas wczoraj potrzymali w niepewności. Trudno było doczekać do tej 16-tej, kiedy się zbierze Senat, a tam jedna procedura za drugą...