wtorek, 12 grudnia 2017

Niepokonani... (Tekst z dnia 1 września 2017 roku. )

Nie, nie mogę dziś napisać o polityce, chociaż to słowo tak szerokie, że właściwie każdy temat się z nim wiąże. Mogłabym wspomnieć o rocznicy września, o tym, jak na tamte wydarzenia spoglądamy dziś.
Nie będę mówiła o polityce, mimo, że zarówno premierka, jak i prezydent zdążyli od wczoraj wygłosić kilka pusto brzmiących przemówień, a żandarmi wojskowi bronili dziś nad ranem własną piersią Westerplatte przed harcerzami...Nie będę też opowiadać o tym, co wydarzyło się wczoraj, bo ja już chyba wszystko na ten temat powiedziałam, a wczoraj to do WAS należały i słowa i czyny.
Jednak nic z tych rzeczy, aczkolwiek ważnych, nie było wyjątkowymi.
Ja muszę WAM dzisiaj swoimi słowami opowiedzieć o czymś, o czym mówić nienawidzę. Muszę WAM opowiedzieć o POGRZEBIE.
Musze, bo jak na tak zasłużonego człowieka, jak Grzegorz Miecugow, w dniu jego śmierci poświęciłam mu tylko kilka zdań. Miałam w mózgu totalną ścianę. Zupełnie tak, jakbym zapomniała języka polskiego. Po prostu pustka. A dziś, kiedy ostygły emocje, chociaż tylko trochę, stoczyłam wewnętrzną walkę sama ze sobą, by chociaż przez telewizyjny ekran uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu.
Nigdy nie lubiłam pogrzebów. Uważałam je za smutny obowiązek okazania komuś kto zmarł uczuć, nie zawsze szczerych, których nie byliśmy mu w stanie okazać za życia. Dlatego rzadko na pogrzeby chodzę, w zasadzie tylko wtedy, kiedy naprawdę chcę oddać hołd i rzadko o nich piszę widząc, jak wiele osób w nich uczestniczy dla sensacji i by się pokazać.
Myślałam, że nigdy w życiu tego nie powiem, bo sformułowanie piękny pogrzeb, jest sprzeczne samo ze sobą, a wręcz obrzydliwe. Ale muszę przyznać, że pomijając słowo pogrzeb, uznaję, że Pan Miecugow miał naprawdę piękne pożegnanie.
Nie wiedziałam, czy był wierzący, czy też nie. Obserwując pierwszą fazę uroczystości na próżno szukałam znaków krzyża lub księży. I chyba to wywarło na mnie największe wrażenie.
Ludzie rzadko decydują się na świecki pogrzeb. A tu proszę, jak pięknie można pożegnać człowieka, bez tej nadmuchanej wyższości, pokazującej, że człowiek, jest tylko prochem i jeśli bóg zechce, to go skasuje w dowolnym, najmniej właściwym momencie. Bez tej pokrętnej katolickiej radości, że oto człowiek w sile wieku opuszcza życie, które kochał, rodzinę i przyjaciół, którzy byli mu bliscy, na rzecz boga, którego nie znał. I że my, mimo naszej ludzkiej tęsknoty, powinniśmy to uznać za łaskę i się z tego cieszyć???!
Tu były prawdziwe emocje, prawdziwy żal, prawdziwe łzy, a nie te kupione za co łaska. I co najbardziej wyjątkowe, to przemówienie księdza Sowy, który jako jeden z niewielu księży potrafi uszanować także osoby niewierzące, przemówienie nie jako kapłana, lecz jako przyjaciela, nie o bogu, lecz o człowieku.
Tak, to była naprawdę piękna uroczystość, na której znałam większość idących w orszaku twarzy, gdzie nikt się nie pchał do pierwszego rzędu, nawet politycy byli cicho wmieszani w tłum. Uroczystość, na której oklepane modlitwy zostały zastąpione poetyckimi piosenkami.
Ja wylałam dziś znowu morze łez, ale mam nadzwyczajną zdolność zamieniania uczuć w słona wodę. Nie mogłam się opanować wiedząc, że jutro na 100% będę miała z tego powodu zapalenie spojówek.
Ale chyba zrobiłam dobrze, zmuszając się do uczestnictwa przez szklany ekran w tym najważniejszym dziś wydarzeniu...
Śmierć wydaje nam się zawsze kresem, wydaje nam się przegraną... A jednak niektórzy z nas odchodzą z tego świata NIEPOKONANI.
I taka z tego dla nas wszystkich nauka, by życie uczynić nieustanną przygodą, by żyć niebanalnie i zawsze coś robić. Bo kiedy nasze ziemskie ubranko przegra walkę z rakiem, z udarem lub sepsą, warto byłoby pozostać nieśmiertelnym w swych czynach.
...Bo to nie chodzi o tę krople wódki na dnie kieliszka, ani to ten dym z papierosa muskający nam twarz... Nie chodzi o to, że ten mały nietoperz krąży wokół ulicznej lampy w każdą noc, ilekroć wyjrzymy przez okno. Chodzi o to, byśmy w dniu czyjejś śmierci, będąc czarnymi aniołami gubiącymi z żalu pióra, oprócz rozpaczy i tęsknoty czuli dobro, które po tym człowieku zostaje.
Grzegorz Miecugow żył tak, że nie zauważyliśmy zbliżającego się kresu i jego śmierć nas zaskoczyła. Żył tak, że zostawił tego dobra ogromną ilość. Starczyło go dla rodziny, dla przyjaciół i współpracowników i dla nas wszystkich, ukrytych za szklanym ekranem. Kto tego nie dostrzega, ma głaz zamiast serca.
Panie Miecugow, będziemy za Panem tęsknic, ale tylko trochę, bo jest Pan z nami na zawsze. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bez boga wam się nie uda... ( Tekst z dnia 16 maja 2019 roku)

Właśnie wyłączyłam telewizor. Nie zniosę po raz setny tej samej piosenki odśpiewywanej przez Ziobrę! W pierwszym momencie po premierze w...