niedziela, 10 grudnia 2017

NOE (Tekst z dnia 24 sierpnia 2016 roku. )

Taką refleksje mam niekoniecznie polityczną. Obejrzałam wczoraj film o wielkim biblijnym potopie: „NOE, WYBRANY PRZEZ BOGA”. Wiem, tematyka niezbyt przeze mnie lubiana, ale komercyjny film z dobrą obsadą zawsze budzi moje zainteresowanie i niezależnie od tematu, oglądam. Niestety, film, jako dzieło artystyczne, słaby, mimo tych sławnych nazwisk. No może poza Anthony Hopkins, który jest zawsze sobą. Historia opowiedziana została w dość luźny sposób, nie koniecznie zgodny z biblijnym pierwowzorem. Ale autor uchwycił dwie istotne dla mnie rzeczy, z którymi się zgadzam.
Po pierwsze, gdyby bóg istniał, byłby dokładnie tym zazdrosnym, złośliwym dziadem przedstawionym w filmie. Chimerycznym, pozbawionym uczuć sukinsynem, który potrafi ukarać Kaina za zabicie brata, a potem dla zabawy morduje wszystkich, jak leci, winnych i niewinnych, lub każe zabić niemowlęta, by jego wola się spełniła. Bóg, który na każdym kroku wystawia człowieka na próbę i każe udowadniać miłość do niego zabijając ukochanego syna lub doświadczając w jakikolwiek inny okrutny sposób. Wyraźnie widać, że nasze, ludzkie oblicze miłości, jest mu obce, jak i uczucie miłosierdzia. Każe ludzi za ich ziemskie słabości, którymi sam ich obdarzył. Nie chce z człowiekiem rozmawiać, usłyszeć jego racji. Po prostu musi być tak, jak postanowił. I patrząc na dzieje świata, gdyby istniał bóg, byłby właśnie taki.
Druga nauka z tego filmu jest taka, że filmowy Noe naprawdę miał rację w kwestii boskiego planu. Gdyby ta wielka naturalna siła, która zniszczyła Ziemię w potopie, chciała naprawdę uczynić ją lepszą, dać jej nowe życie, pozwoliłaby przeżyć wszystkim gatunkom poza człowiekiem.
Oczywiście, ja nie wierzę w dzieło stworzenia w religijnym pojęciu. Jestem raczej zwolenniczką ewolucji. Ale nie ma wątpliwości, że ta na pozór doskonała istota, jaką jest człowiek, to największa porażka i najbardziej nieudany produkt. Gdyby ewolucja zatrzymała się na zwierzętach, Ziemia byłaby rajem. W teorii, temu bogu mogło się wydawać, że po takich traumatycznych wydarzeniach, jak potop, człowiek się opamięta i zacznie szanować Ziemię, jako swój dom, że znikną konflikty i wojny, które są niszczące, że będziemy rozsądnie eksploatować zasoby i nie niszczyć przyrody dla zabawy. Niestety, ile by nie było powodzi, trzęsień Ziemi, uderzeń asteroid, czy wyniszczających wojen, my ludzie zapominamy o tym zbyt szybko. Taka nasza natura. Cokolwiek by się nie stało, jaka trauma by nas nie spotkała, prędzej czy później wyjdzie z nas ta nienawistna żmija, która w nas drzemie. I widać to wyraźnie szczególnie dzisiaj. Wystarczy, że minie kilkadziesiąt lat, a zapominamy, co niesie wojna, nienawiść i faszyzm. Za nic mamy życie ludzkie. Swoje brudne instynkty usprawiedliwiamy miłością do Ojczyzny. Kiedy się wydarzy jakaś tragedia, jesteśmy dobrzy tylko na chwilę. 
W codziennym życiu mamy dwa oblicza. Tu walczymy o równość i demokracje i jesteśmy się w stanie pochylić nad każdym skrzywdzonym owadem, ale pochopnie oceniamy każdego przechodzącego obok nas człowieka. Z jednej strony rozumiemy, że człowiek ma swoje słabości, że uzależnienia są często niezawinionymi chorobami i że większość ludzi błądzi nie z własnej woli, ale jeśli już ktoś jest naszym wrogiem, to nasze współczucie się kończy i z wstrętem wytykamy alkoholizm, pobyt w więzieniu, czy nawet brak gustu w ubieraniu się. Wytykamy innych palcami, zupełnie tak, jakbyśmy my byli idealni. A tak naprawdę, pokazując kogoś palcem usiłujemy odwrócić uwagę od własnych grzeszków. Tak uczciwie mówiąc, każdy ma swoje fobie i swoje uzależnienia. Jeden pije, inny ćpa lub pali a jeszcze inny je słodycze i wbrew pozorom, najgorsze dla zdrowia jest to ostanie uzależnienie. Ale u siebie to ignorujemy, wybaczamy sobie od razu. Widzimy tylko u innych. Robiąc rachunek sumienia, każdy by coś znalazł. Ja jestem uzależniona od czołówek filmowych. Jeśli obejrzę 3 odcinki jakiegoś serialu, wstaje rano i muszę sobie obejrzeć czołówkę, bo w przeciwnym wypadku dźwięczy mi w mózgu i nie mogę zebrać myśli. Potem przychodzi następna i następna. Uzależnienie niegroźne? Na pozór tak. W dobie komórek, kiedy muzykę ma się zawsze przy sobie. Tylko znajomi się dziwią, że nie mam normalnych dzwonków na telefonie, tylko muzykę z czołówek i zanim odbiorę telefon, muszę najpierw trochę posłuchać. Nie wiem, co by było, gdyby mnie ktoś od tego odciął na dzień lub więcej. Może też miałabym atak agresji. Czy jestem dziwadłem? Może, ale niezbyt mi to przeszkadza. Przeszkadza mi, że osoby, które udają dobre i tolerancyjne, oceniają innych ludzi po pozorach, napuszczają jednych na drugich zdradzając ich słabe punkty, że ich teoretyczne podejście do życie napełnione humanitarnymi frazesami, zupełnie się mija z ich życiem. Czy mówię o kimś konkretnie? Może, mam trochę swoich własnych żalów do ludzi, szczególnie ostatnio. Bo cokolwiek by nie robił i tak w końcowym efekcie trzeba udowodnić, że się nie jest wielbłądem. Bo wszyscy się tacy zawiedzeni, że się nie wystaje z wyznaczonych nam ramek. Czy mówię o WAS? Nie mówię o NAS. Ja, jestem taka sama. Tylko tyle, że mam tego świadomość i każdego dnia staczam sama ze sobą prywatne bitwy o każda głupią myśl. Każdego dnia sama się uczę, że ludzie nie rodzą się z tym mrokiem w sercu, że coś ich kształtuje i to nie zawsze jest zależne od nich. Jednych ojciec gwałcił, innych biła matka a jeszcze inni po protu zawsze maja pod górkę. A potem z tego wyrasta jakiś Brudziński, czy Hofman, czy inna szuja. Nie mówię, by im pobłażać. Zresztą, jak wiecie, sama tego nie robię. Ale staram się odrzucić nienawiść. Nie walczyć z człowiekiem, walczyć ze złem, które się w nim zakorzeniło. To trudne, ale najpierw trzeba zlokalizować własny czarny zakątek duszy, potem jest łatwiej odseparować go u innych. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Patrząc w lustro Syzyfa. ( Tekst z dnia 16 października 2019 roku)

Myśli kłębią mi się w głowie rozmaite. Obiektywnie rzecz ujmując większość z nich nie kwalifikuje się do wypowiadania na głos. Oczywiści...