poniedziałek, 11 grudnia 2017

Ofiara na ołtarzu hipokryzji.(Tekst z dnia 13 kwietnia 2017 roku.)


Czy nie macie Państwo wrażenia, że od wczoraj serwowany jest nam nieustający spektakl ogłupiający? Czy nie macie wrażenia, że ktoś świadomie odciąga nas od rzeczy ważnych i sprzedaje nam tanią sensację, by nam zamydlić oczy?
Wszystko to, co dziś dzieje się wokół Bartłomieja Misiewicza, nie jest jakąś nową sensacją, o której dowiedzieliśmy się wczoraj. Także dla PISu nie jest to jakieś odkrycie. Mam wrażenie, że to nagłe oburzenie prezesa Kaczyńskiego niezwykłą karierą podopiecznego Antoniego, „boga wojny”, ta cała komisja, spotkania i dyskusje, to tylko zabiegi medialne byśmy nie zauważyli tego, co PIS chce bardzo ukryć. Może to być kolejna odsłona walki z KRS, albo coś, co PIS trzyma w zanadrzu i o czym jeszcze po prostu nie wiemy.
Ja za długo obserwuje tę partie, by tak łatwo uwierzyć, że PIS w tak oczywisty i publiczny sposób pierze swoje brudy. Nie wierzę, bo sprawa Bartłomieja Misiewicza, aczkolwiek bardzo charakterystyczne dla pisowskich rządów, nie jest w żaden sposób groźna, ani dla PISu, ani dla realizowania politycznych założeń. Jest taka tam sobie ciekawostką, małym kwiatkiem ostu na wielkiej kupie gówna. Kaczyńskiemu znacznie bardziej opłaciło by się przymknąć oko na szaleństwa Misiewicza, niż rozpoczynać otwartą wojnę z Macierewiczem. Może ja jestem po prostu niedowiarkiem, ale rozłam między Kaczyńskim i Macierewiczem musiałby, w końcowym efekcie doprowadzić do rozwalenia całej koncepcji rządów Kaczyńskiego. Gdyby tak się stało, byłoby to prawdziwe zwycięstwo. Oczywiście nie tyle nasze, byłoby to zwycięstwo Polski. Ale to akurat bardzo by nas wszystkich ucieszyło, bo wrócili byśmy na właściwą drogę i to bez rozlewu krwi i strat w ludziach. Nie wiem tylko, czy jesteśmy już gotowi na takie rozwiązanie. Co zrobimy z przegranymi? Jaką drogę obierzemy, by wprowadzić Polskę na właściwe tory? Jak odnajdujemy pozycje kościoła, który przecież tylko przy PISie może sobie pohasać?
Nie, póki co to jest tylko gdybanie. Pozostaje tylko ważne pytanie, po co ten teatrzyk nam PIS zafundował. Dlaczego Misiewicz stał się kozłem ofiarnym, który został zmuszony do położenia głowy na pisowskim ołtarzu hipokryzji?

Przecież takich Misiewiczów jest w PISie tysiące. Drodzy Państwo, wyciągajmy na światło dzienne te wszystkie błyskotliwe kariery. Przekonajmy się, czy Kaczyński zastosuje dokładnie te same kryteria dla wszystkich niekompetentnych, posadzonych na tronach kolesi.

Biedny Misiek, będzie chyba musiał wyemigrować. Bo kto go do roboty w tym kraju przyjmie i kto mu da pensje, która by go zadowalała. Trzeba śledzić jego karierę i sprawdzić, gdzie ten Misiek wyląduje na cztery łapy. Przecież tak za darmo by się nie podłożył.
Wszystkim, którzy się tak zachwycają tą awanturką, którzy pieją z zachwytu nad rzekomym konfliktem Kaczyńskiego i Macierewicza, radziła bym jednak włożyć głowę pod zimną wodę i wrócić na ziemię. Może wtedy dostrzeżemy, o co tak naprawdę chodzi w tym przekazie, po co się ten sąd kapturowy zebrał i po co konflikt przez sam PIS został aż tak bardzo upubliczniony.
Joachim Brudziński, chce jak zwykle skierować wzrok społeczny na dawne grzechy Platformy Obywatelskiej. No nie, panie Brudziński! Takich kolesi, ja wasz Misiewicz, w PO nigdy nie było. Zlinczowaliście jednego ministra za trochę droższy zegarek. I ciągle wymawiacie ludziom kolacje z ośmiorniczkami. Żadna prywatna imprezka za czasów rządów PO nie pochłaniała takiej ilości państwowych pieniędzy, co wasze sabaty smoleńskie. PO nigdy się nie odgradzało od obywateli, bo nie było takiej potrzeby, tak wielkimi kordonami policji.
Jeśli jesteście tacy święci, tacy praworządni i działacie tylko w interesie suwerena, to dlaczego się tak bardzo nas boicie?
Drodzy Państwo. Ja, gdybym się potrafiła modlić, modliłabym się szczerze o to, bym nie miała racji. Modliłabym się, by się Kaczyński z Macierewiczem wzajemnie spoliczkowali, opluli lub nawet kopnęli w dupę. Marzę o tym, że przy kolejnym włączeniu telewizora na czerwonym pasku przeczytam, że rząd Beaty Szydło podał się do dymisji, że suweren wtargnął do Sejmu i na taczkach wywiózł wszystkich miłośników dobrej zmiany, że Kaczyński uciekał kanałami tak szybko, że się urwał nawet swej osobistej ochronie. Marzę o tym, że nagle wszyscy dziennikarze uczciwych telewizji będą uśmiechnięci i że będą pili szampana na wizji, jak w Noc Sylwestrową. I że po tej nocy nieustającej i beznadziejnej, która trwa już półtora roku, wreszcie nastanie normalny dzień, że się zacznie nowa post pisowska era.
Każdemu wolno marzyć. Lecz na pewno to wszystko się tak z dnia na dzień nie spełni. Bo w prawdziwym świecie dobro tak nagle nie wybucha. Jeszcze się będziemy musieli wszyscy trochę pomęczyć i poczekać na efekty. Ale każda zadra, która się pojawia w PISie, każde najdrobniejsze pęknięcie, każdy wyrwany z objęć PISu zwolennik, każdy zawiedziony dobrą zmianą wyborca, jest dla nas na wagę złota.
Pracujmy więc, by małymi krokami, lecz zawsze posuwać się do przodu.



PS. Mam jeszcze dwie sprawy trochę z pogranicza prywaty:
Po pierwsze: Wszystkich, którzy muszą czytać moje listy i dostrzegają w nich błędy stylistyczne, składniowe, lub inne zwyczajne byki, z góry przepraszam, że mój styl nie jest zawsze idealny. Oczywiście większość z nas, mieszkających za granicą wie, że chcąc czy nie zostajemy poddani wpływom języków obcych, które nas bombardują na co dzień. Ale wbrew temu, co wielu myśli, pracujemy nad tym, by jak najdłużej nie zatracić ojczystego języka, np. kupujemy przez internet polskie książki i nie zaniedbujemy czytania. Przykro mi jednak, że dla niektórych językoznawców amatorów, którzy zresztą najczęściej nigdy nosa z Polski nie wychylili, treść moich postów, moje zaangażowanie, czas, który poświęcam i serce, które w swe pisanie wkładam, zupełnie nie mają znaczenia i zwracają uwagę wyłącznie na te błędy. To tak, jakby cały dzień gotować dla kogoś super potrawę, a on by powiedział, że jest nic nie warta, bo mu się kolor talerza nie podoba. Ja nigdy nikogo do czytania nie zmuszam. Jeśli dla kogoś ten mój styl kulawy mnie dyskwalifikuje, przyjmę z pokora krytykę.
Jeden z komentatorów napisał:
KIEDYŚ poloniści tępili takie potworki. A dzisiejsi młodzi wykształceni argumentują, że język żyje i się zmienia. A ja często mam wrażenie, że się psuje i rozkłada, czyli zdycha.”
No cóż, przykro mi, że ten język przeze mnie zdycha. Szkoda tylko, że tak wielu mamy w internecie odtwórców, lajkowiczów, udostępniaczy i obrazkowych komentatorów. No i oczywiście są krytycy i wychwytywacze błędów. Ci życzliwi, piszą mi na priv: Popraw tu, bo masz literówkę, albo po prostu strzeliłaś byka. Inni poświęcają dzień na publiczny lincz. A ja nie jestem ideałem. walczę o Polskę tak, jak potrafię, może trochę nieudolnie. Trudno jest mieć chęć do jakiegokolwiek działania, kiedy się w komentarzach czyta tylko: „No to niech Pani skończy gdakanie.”
A więc jeszcze raz przepraszam, za mój nieudolny, pełen błędów styl. A mojego komentatora, który tym ostatnim zdaniem bardzo wiele powiedział mi o sobie ( do mężczyzny byś się tak chamie nie odezwał), zapewniam, że gdakać nie przestanę! Zawsze lepiej jest być twórcą, niż się silić wyłącznie na krytykę.
I moje drugie dziś pozdrowienia:
Bardzo specjalnie chciałabym pozdrowić wszystkich tych KODerów, lub byłych KODerów, którzy jeszcze nie tak dawno stali murem za... i wyzywali mnie od zdrajców KODu, a dziś domagają się od tej organizacji zwrotu pieniędzy włożonych przez nich w społeczną działalność KODu. No i kto tu jest zdrajcą????? Ja, wróg publiczny numer jeden, znienawidzony za mówienie prawdy w oczy wszystkim członkom KODu, a mimo to nigdy by mi ten pomysł do głowy nie przyszedł, by żądać zwrotu zainwestowanych datków, które w końcu podarowałam z własnej woli...
Jak to prawda z ludzi czasami sama wychodzi!!!! Jak się takiego murowanego przyjaciela, to raczej na pewno będzie się wkrótce miało murowanego wroga. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bez boga wam się nie uda... ( Tekst z dnia 16 maja 2019 roku)

Właśnie wyłączyłam telewizor. Nie zniosę po raz setny tej samej piosenki odśpiewywanej przez Ziobrę! W pierwszym momencie po premierze w...