poniedziałek, 11 grudnia 2017

Okruch piasku. (Tekst z dnia 30 stycznia 2017 roku. )

     Drogi Przyjacielu.
                                               Napisałeś do mnie list pełen niepokoju. Pewnie to reakcja na moje ostatnie wypowiedzi. 
Pytasz mnie, czy nie czuję się osamotniona i zmęczona tą trwającą od ponad 2 lat sytuacją...Mówisz, że czujesz to u wielu ludzi.
Tak, jestem osamotnione, chociaż jest to na pewno samotność w tłumie tych, jak to nazywasz POZYTYWNYCH. Oczywiście mam momenty zmęczenia i zwątpienia, bo nasz wysiłek, który ginie w przestrzeni i nie przynosi żadnych pozytywnych efektów zawsze jest powodem frustracji. Ale przede wszystkim, ja jestem kłębkiem...nie, nie nerwów, jestem raczej kłębkiem złości. Ta złość jest we mnie nieustannie i nieujarzmiona . A na drugim biegunie jest nadzieja, ze może jutro, kiedy wstanę, będzie mniej powodów do złości.
Pierwotna złość jest na samą siebie. Na to, że trzydzieści kilka lat w Polsce, żyłam jakby w inkubatorze. Zawsze miałam wokół siebie mądrych, dobrych i niezwykłych ludzi i to od domu rodzinnego począwszy, a na kolegach z pracy skończywszy. Wszyscy, których w Polsce znałam byli to normalni Polacy ze wszystkimi swoimi wadami, czasami lubili kogoś obmówić, czasem komuś podłożyć świnie, czasem za dużo wypić i wsiąść za kółko. Ale z sprawach zasadniczych, systemie wartości, nigdy nie mogłabym się na nich zawieść. Kiedy się wyjeżdża do obcego kraju, to się natychmiast odczuwa tę różnicę. Bo nagle wchodzisz w inne środowisko, środowisko ludzi, którzy nie wiedzą, gdzie i kiedy rozpoczęła się II wojna światowa, albo sądzą, że Polska leży w pobliżu Syberii, albo się zastanawiają, przez które morze ty, emigrant przypłynąłeś z Afryki. O mało nie są zdziwieni, że potrafisz czytać i pisać i pytają ze wstydem, czy jadamy mięso i czy mamy elektryczność. I wtedy nagle nam się wydaje, że my Polacy tacy jesteśmy mądrzy, wykształceni i oczytani, bo nigdy w życiu byśmy takich pytań nie zadawali. Z grubsza się orientujemy w geografii i coś tam wiemy o obcych kulturach. I tak się żyje wiele lat w przekonaniu, jacy to my Polacy jesteśmy wyjątkowi i świetni.
Tylko tyle, że ja dzisiaj rozmawiam z tymi samymi osobami, które znałam przed wyjazdem z Polski, które uważałam za wspaniałych ludzi, a oni są zupełnie inni. Zdziczeli, ktoś im dolewa czegoś do mleka, czy może zawsze tacy byli, tylko nosili maski udając normalnych?
I tu jest największy obszar złości, kwitnącej na wielu poziomach. Bo nagle pojawił się Kaczyński, na szczycie łańcucha pokarmowego i Polacy doznali jakiegoś urazu osobowości. Wbrew ogólnym sądom, to nie jest te 30 % społeczeństwa, które jest ubezwłasnowolnione przez PIS. Głupota ogarniająca mój kraj, nasz kraj, jest wielowarstwowa. Oczywiście od polityków PISu trzeba zacząć, bo jest to spora gromadka ludzi, dla których własna twarz nie przedstawia żadnej wartości. Dla karier, dla chwilowego przebywania na świeczniku są w stanie się upodlić w sposób nieograniczony. I jestem pewna, że doskonale wiedzą, iż jest to tylko życie ćmy, która za chwilę spłonie w blasku świecy, a mimo to pędzą do tego światła. Najgorsza grupa, która mnie najbardziej wyprowadza z równowagi, to osoby głęboko wierzące. Tylko tyle, że całkowicie nie maja pojęcia, w co wierzą. Nie stać je na to, by się pofatygować i przeczytać jakieś książki na temat kościoła katolickiego, by się choćby zapoznać z Nowym Testamentem. Ależ po co, przecież wszechwiedzący skurwysyn ksiądz wszystko nam wytłumaczy. A szczególnie nam powie, jak my, głupie baranki mamy chodzić na ich smyczy i jak mamy finansowo wspierać wybrańców boga. Wytłumaczą nam, jak mamy zachowywać tradycje, lać żony, krótko trzymać dzieci i broń boże nie wierzyć, kiedy się skarżą że świątobliwy ojciec je za blisko przytulał. Przecież to dzieci są winne, bo maja za dużo zaufania i same szukają miłości. Ludzie, którzy czerpią wszelką wiedzę z niedzielnej mszy, przerażają mnie chyba najbardziej, bo nie ma takiego argumentu, który byłby w stanie ich otrzeźwić. Jak to powiedział mój mąż, swojej rodzinie, która nie chciała do nas przyjechać na wakacje: Przyjeżdżajcie, ostatnia szansa, bo jak wam Kaczyński paszporty zapierdoli, to już tylko do Lichenia wam będzie wolno jeździć.
Czy wiesz, mój drogi przyjacielu, że mój kuzyn nie przyjechał do mnie w zeszłe wakacje, bo jego małżonka się boi Muzułmanów i czarnych? Nie, to nie jest zmęczenie sytuacją, to jest osłupienie, które mnie czasem dopada gdy nie jestem w stanie znaleźć logicznego wytłumaczenia takiej głupoty.
Skąd się Ci ludzie biorą, odporni na wiedzę, którzy nie rozumieją, że nie można się zarazić, ani obcą religią, ani homoseksualizmem, ani się ubrudzić od czarnego. Ja tego słucham, czasem zrezygnowana przytakuje, ale w duszy się zastanawiam: Jak wy w tej Polsce żyjecie? Jak wy funkcjonujecie w normalnym życiu? Ja sobie tego nie potrafię wyobrazić.
I niestety stwierdzam, także wśród, jak to Ty mówisz, pozytywnych osób, też nie do końca wszystko jest w porządku. Bo tolerujemy inność, ale u obcych ludzi. Ale gdyby moja córka, mój syn, mieli się okazać homoseksualni, lub zakochać się w innowiercy, albo, co najgorsze, żyć z kimś w nieformalnym związku, to wtedy schylamy głowy ze wstydem i czujemy się z tym źle. Ludzie, Polacy, nie ma w was prawdziwej wolności. I właściwie nie mogę was o to winić, bo żyjecie w kraju, gdzie wolność jest tylko abstrakcją. Ja mam tę przewagę, że do mojego domu, do moich dzieci przychodzą różnego rodzaju cudaki. Jak to się mówi: gdy otworzysz komuś takiemu drzwi i okaże się, że to twój zięć, to możesz przypadkiem zemdleć. Ja już nie ma tego problemu. Siedziało na mojej czarnej, skórzanej kanapie w salonie, paru takich czarnych, że tylko oczy ich odróżniały od tej kanapy, było tu paru gejów, wielu muzułmanów i ludzi, którzy o jakimś bogu nigdy nie słyszeli. Wszelkiego typu subkultury, dziewczyny w podartych rajstopach z ustami pomalowanymi na czarno. Ja, mam tę przewagę, że ich wszystkich znam. Niczym się nie różnią od moich dzieci, są równie mądrzy, równie dobrzy, równie wartościowi.
Ale ja jestem ciekawa świata, a więc i ciekawa tych innych ludzi. Nie mam żadnego strachu, a raczej ciekawość jest od tego strachu silniejsza.
Jestem bardzo wkurzona, nie tylko sytuacją w Polsce, nie tylko politykami łamiącymi prawo. Najbardziej na świecie jestem zawiedziona Polakami. Zawiedziona tym, że pozwolą się zniewalać! Zawiedziona tym, że nie dostrzegają, iż kościół katolicki to fałsz. Zawiedziona tym ,że wykorzystują sprzeciw społeczny do robienia indywidualnych karier. Niestety, trzeba to powiedzieć głośno! Opozycja, która nie potrafi się zjednoczyć na czas walki o odzyskanie kontroli nad tym idącym na dno statkiem o nazwie Polska, nie kieruje się patriotyzmem. Ruch społeczny, dla którego ważniejsze jest rozdawanie stanowisk, niż czynny sprzeciw na ulicach jest tylko polem dla karierowiczów i jest z góry przegrany.
Ja, nie odczuwałabym zmęczenia, zniechęcenia, osamotnienia, gdybym widziała, że jest jakiś sprzeciw, że jest jakaś walka. Ale jej nie ma. W Polsce, w tej chwili, są jednostki, które można by łatwo policzyć, jednostki gotowe dla Polski na wszystko. Reszta, chociaż teoretycznie myśląca, kalkuluje, co i na ile im się opłaca. Ludzie nawet nie są w stanie podyskutować o tej rzeczywistości, nawet nie są w stanie wyrazić własnego zdania. To przykre. Ale ja i tak będę pisać, będę do ludzi mówić i będę ostrymi paznokciami drapać w ich sumieniach. Bo chcę wierzyć, że normalność została w nich jedynie uśpiona. Że przyjdzie dzień, że obudzi się w nich wolny Polak. Że nie będą płakać i czekać, że mury runą same i że nie będą rzucać słów na wiatr, że mają dość, pozostając w bezruchu. To się kiedyś musi wszystko odwrócić. Musi się wszystko skończyć i musi się przelać kielich a ucho od dzbana się oderwać.
Ja osobiście nie mam ambicji robić jakiejkolwiek kariery na fali polskiego kryzysu. Nie chcę niczego ugrać, niczego się dochrapać. Ja tylko chcę, by słowa docierały do ludzi, by im rujnowały spokój i pobudzały do działania.
Masz rację, w końcu grudnia, mieliśmy wielką eksplozję nadziei. Ja, ja miałam nadzieje, że coś się obudzi, że wreszcie zrozumiemy, co jest ważne. Niestety, czyjeś faktury, czyjeś kłamstwa, zniweczyły wszystko. Kiedy będzie kolejny taki zryw? Tego nikt nie wie. Za każdym razem jest trudniej i trudniej. Za każdym razem mamy mniej wiary.
Ale tacy ludzie, jak ja lub Ty, musimy ciągle się podnosić po kolejnym upadku. Musimy podnosić innych na duchu. Noc, nie może trwać wiecznie. Pokonamy ją. Ja pokonam ją słowem. Inni pokonają wiarą, a jeszcze inni krwią. Bo w historii, każdy okruch piasku ma swoje miejsce.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kręta droga z czarnej dupy. ( Tekst z dnia 19 marca 2019 roku.)

Od dawna nie rozumiem mojego kraju. Nie rozumiem polityków i obywateli. Ale tak naprawdę, jak wszyscy ulegam manipulacji i poddaje się ogó...