niedziela, 10 grudnia 2017

Potrzebne nam oczyszczenie. (Tekst z dnia 5 grudnia 2016 roku.)

Z przyjemnością muszę stwierdzić, że coraz częściej spotykam się z dostrzeganiem przez Polaków nadmiernej roli kościoła katolickiego
w rządzeniu krajem. Wiara wiarą, tradycja tradycją, ale w tej chwili strach jest otworzyć lodówkę w obawie, że i tam jakiś łeb plebana siedzi i dietę nam podyktuje. O telewizji i życiu publicznym nie wspomnę. Nic tej chwili w Polsce nie może się wydarzyć bez udziału kościoła. Na każdej nawet najbardziej banalnej imprezie musi być jakiś ksiądz, by kontrolować, czy się wszystko zgodnie z wola kościoła odbywa. Nie chodzi tu o wiarę. Wręcz przeciwnie! Kościół sam wszelkie zasady swej wiary łamie. Przestał być ostoją naszej duchowości, o ile był kiedykolwiek. Chyba tylko do momentu, kiedy każdy z nas jest naiwnym dzieckiem. Mówię to ze swojej perspektywy, człowieka żyjącego i dorastającego na przełomie dziejów. Dzieckiem byłam w czasach komunizmu, gdy kościół oficjalnie zajmował się wyłącznie wiarą i relacjami człowieka z bogiem. Byłam wtedy za młoda, by uczestniczyć w innych działaniach tej instytucji. Wydawało mi się też niedorzeczne posądzanie komunistów o wrogość wobec kościoła. Nigdy nie spotkałam się, ani w szkole ani w prywatnych kontaktach, z zakazem uczestnictwa w życiu wiernych. Szokiem był dopiero rok 1980, kiedy narastający konflikt społeczny odbijał się także w postawie kościoła. W stanie wojennym modlono się ciągle za internowanych i organizowano tajne spotkania z członkami Solidarności. Bóg zszedł na drugi plan i w miarę czasu ta sytuacja zaczęła się pogłębiać. Mnie, jako osobę nastoletnią, to właśnie od kościoła zaczęło odpychać. Ale wtedy, księża nie byli jeszcze tak bezczelni, tak rozwydrzeni i tak chciwi. Dopiero rozpoczynali swój długi marsz po władzę i rząd dusz niczego nie świadomych obywateli. Niestety, ten przejściowy okres sprawił, że dość obojętnie podeszłam do swego ślubu kościelnego i ochrzczenia dzieci. Podeszłam do tego, jak do rzeczy naturalnej, ale nie było w tym dla mnie żadnej duchowej wagi. Po prostu tradycja i zaspokojenie potrzeb otoczenia. Gdybym wtedy miała świadomość, czym jest i był na przestrzeni wieków kościół katolicki, pewnie zrezygnowałabym z tych sakramentów. Niestety dopiero w dorosłym życiu rozpoczęła się moja prywatna wojna z kościołem, której efektem jest mój dzisiejszy do niego stosunek, a także wyjazd za granicę. Wojna była bardzo banalna i zapewne wielu z WAS w swoim życiu musiało stoczyć podobną. Jako młoda rodzina, na dorobku, z małymi dziećmi, musieliśmy bardzo dużo pracować. Kiedy przychodziły dni wolne nadrabialiśmy prace domowe i nawet nam do głowy nie przyszło, by pójść do kościoła. Zresztą w tamtym czasie były nam już te sprawy obojętne. Wielokrotnie zdarzało się, że zdążyliśmy wrócić wieczorem do domu, nawet nie zjedliśmy obiadu, a już ksiądz do nas się dobijał z kolędą. I potrafił tak walić do drzwi dobrych kila minut, jakby nie rozumiejąc, że nikt głuchy tu nie mieszka i może ktoś sobie nie życzyć jego odwiedzin. Prawdziwy koszmar zaczął się, kiedy dzieci poszły do szkoły. Były one nieustannie szykanowane i straszone w związku brakiem zaangażowania religijnego rodziców. Dla małych dzieci byłą to prawdziwa trauma. Dochodziło nawet do straszenia śmiercią rodziców za nieuczęszczanie do kościoła. Człowiek żyjąc w pewnym środowisku stara się w miarę możliwości unikać wszelkiego typu konfliktów. Nie chce by on i jego dzieci były wyrzutkami. Tym bardziej, jeśli pochodzi z katolickiej rodziny i wojna z kościołem oznaczałaby dla niego wojnę z rodziną. W podobnej sytuacji znajduje się wiele osób dla których nie ma dobrego wyjścia. Wiedzą, że ich bliscy nie zaakceptują decyzji o odejściu od kościoła, więc brną w ślepą ulicę. Ja też w nią brnęłam. Tylko tyle, że nigdy nie indoktrynowałam dzieci. Owszem, posłałam je do komunii, ale nie wymagałam od nich by to wiązały z wiarą. Raczej pewne wydarzenia były dla nich tradycyjnymi świeckimi zachowaniami.
Mówię to wszystko, bo dochodzą mnie słuchy, że budują się różnego rodzaju fronty, organizacje antykościelne, które popieram. Chciałabym jednak przestrzec przed zbyt radykalnymi działaniami, które mogą przynieść odwrotny skutek. Jak wiecie, gdyby było można za dotknięciem czarodziejskiej pałeczki uwolnić świat od wszystkich religii, nie wahałabym się oni momentu, ale w realnym świecie nie jest to możliwe. Czytam postulaty przedstawione przez te ruchy antykościelne. Ja się z tym wszystkim ogólnie zgadzam. Nawet bardziej, bo w stosunku do kościoła nie mam żadnej litości. To jest zło w czystej postaci. Niestety, nie mamy szansy tego zła szybko zwalczyć. Nie stanie się to zapewne za mojego życia choćbyśmy nie wiem jak walczyli. Chcąc wyrwać tego raka i pozostawić tylko zdrową tkankę musielibyśmy unicestwić swój Naród, bo nawet ja, zagorzała przeciwniczka kościoła, nosze tę uśpioną zarazę w sobie i raz na jakiś czas mi się ona odzywa. Szczególnie w momentach życiowych zakrętów, kiedy długo nie mogę poradzić sobie z problemem, moja podświadomość chytrze podsuwa mi pomysł: A może by tak się pomodlić? Tę krzywdę zrobili nam nasi przodkowie, nasi dziadkowie zarazili naszych rodziców, a oni nas. My w większości przekazaliśmy zarazę swym dzieciom robiąc to zupełnie bezmyślnie, bo taki jest wzorzec społeczny. Niektórzy z nas się w porę opamiętali i tak, jak ja, zakończyli religijną edukacje swych dzieci na komunii świętej, a właściwie rozpoczęli intensywną terapię. Myślę, że moje dzieci, jeśli nie wpadną w złe, katolickie towarzystwo, nie będą już miały głupich pomysłów, by się modlić, zamiast działać. Terapia Narodu nie będzie taka łatwa i będzie to długotrwały proces. Póki co, powinniśmy skupić się w działaniach społecznych na tym, co jedna z osób nazwała „odkrzyżaniem” przestrzeni publicznej. Dopiero, kiedy uda nam się całkowicie oddzielić kościół od władzy, możemy się posunąć dalej. Oczywiście nie możemy zaprzestać pracy u podstaw we własnych domach. Moje dzieci nie chodzą do kościoła, nie modlą się, nie przystępują do sakramentów. Natomiast zdobywają szeroką wiedzę na temat historii kościoła i jego działalności. Najważniejsza jest edukacja, którą najłatwiej jest prowadzić w domach. Przyjdzie jednak taki dzień, kiedy zaczniemy prowadzić lekcje „antyreligii”. Na ten moment naprawdę czekam. Nie uzdrowimy społeczeństwa jeśli nie skupimy się na jednostkach. W podobny sposób, jak powstawały do tej pory szkoły katolickie, będziemy musieli tworzyć prywatne, elitarne szkoły świeckie, w których religia będzie omawiana, jako część filozofii, bez indoktrynacji. Należy także uczyć rodziców, by sami nie podejmowali decyzji o chrzcie dziecka, zmuszając go w ten sposób do życia na łonie kościoła. Niech to dziecko ma wybór.
Wszystko zło, które dziś się w Polsce dzieje jest skutkiem zbyt dużej roli kościoła w życiu publicznym. Logicznie myślący Naród nie dopuściłby do władzy oszołomów, gdyby nie szantaż emocjonalny szerzący się w kościołach. Instytucja, która powinna zajmować się szerzeniem tolerancji miłości i wybaczania, rozpowszechnia niesprawdzone fakty na temat partii politycznych, które nie chcą być im podległe, nazywając ludzi złodziejami, a nawet mordercami. Nie możemy na to pozwalać. Polityka powinna być oczyszczona z wpływów jakiejkolwiek wiary. I od tego powinniśmy zacząć. Powinniśmy czynnie protestować przeciwko uczestnictwu kościoła w świeckich uroczystościach państwowych, jak i odwrotnie. Władze państwowe za pieniądze obywateli nie powinny być uczestnikami, a tym bardziej organizatorami, uroczystości kościelnych. Potem należy ludziom przybliżać prawdę o działalności kościoła, o ofiarach wojen religijnych, o nieszczęściach sprowadzanych na ludzi z powodu chciwości tej instytucji, o dawnych i współczesnych grzechach dostojników kościelnych, począwszy od mordowania władców i papieży a na pedofilii kończąc.
Czy to dotrze do przeciętnych ludzi? To nie będzie łatwa droga. Wiem to sama po sobie, jak już wcześniej wspominałam. Ale nauczyłam się obchodzić świeckie Boże Narodzenie, jako najważniejszy dzień dla rodziny, czy w sposób świecki wykorzystywać nauki Chrystusa, który był bardzo wyjątkowym człowiekiem. Nie chcę także pozbawić ludzi życia duchowego. Ważne, by było ono nasze własne, nie narzucane nam przez kogoś, kto nas chce tylko wykorzystać do własnych celów.
Sytuacja Polski uświadomiła nam, że nie można dłużej lekceważyć problemu. Już dziś musimy zacząć pracę u podstaw i uwalnianie ludzi spod władzy mentalnego okupanta. Prawdy, które on głosi nie są sprawdzalne, a więc budzą wątpliwości. A studiując chrześcijańskie księgi łatwo znajdziemy w nich sprzeczności i brak konsekwencji.
Piszę więc do WAS, Polaków, którzy mają z tym dylemat i nie potrafią się jeszcze zdecydować na wyzwolenie. Przejrzyjcie na oczy. Nie bez powodu pojawiają się w waszym umyśle wątpliwości. Wprawdzie długotrwałe przebywanie w szambie zabija w nas zmysł węchu i po jakimś czasie nie czujemy już smrodu. Ale to nie znaczy, że on nie istnieje.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kształt maski. ( Tekst z dnia 9 listopada 2019 roku)

Miałam to wrzucić dopiero jutro. Mam świadomość, że nie ma takich słów, które by mogły podziałać. Ale piszę to wszystko już dziś, bo zaws...