poniedziałek, 11 grudnia 2017

Prosta droga. (Tekst z dnia 13 lutego 2017 roku. )

Dwa tematy potrafią rozgrzać internet do czerwoności. Pierwszy to KOD, a drugi kościół, religia i wiara. Jeden i drugi temat kosztuje mnie sporo hejtu, może nawet utratę czytelników. Trudno! Dla mnie cnotą jest mówienie wprost o swoich poglądach. Może to nawet kogoś zaboli, ale na pewno wielu zmusi do myślenia. Na co dzień człowiek unika trudnych pytań, nie ma czasu analizować swego życia. I jeśli któryś z moich postów, choćby na chwilę zburzył WAM spokój i zmusił do zastanowienia, to już osiągnęłam swój cel.
W pełni rozumiem odczucia osób wierzących po przeczytaniu moich antyreligijnych postów. Kiedyś, zanim zaczęłam swoją wewnętrzną walkę z uzależnieniem od religii, tak samo odbierałam personalnie ataki na kościół i boga. Jest to absolutnie naturalne.
Każdy z nas kieruje się jakimś systemem wartości i w dużej mierze jest on zgodny z dekalogiem. Ale w codziennym życiu nie potrafimy tych praw właściwie stosować. Mamy więc kościół, jako swego rodzaju alibi, jako parawan, który nam przysłania prawdę, uchylając tylko jej małą część. Ale my się usprawiedliwiamy, że skoro nam tak każe ksiądz, to znaczy, że to jest słuszne.
Mam więc do WAS kilka pytań, ale nie musicie odpowiadać na nie. Po prostu pogadajcie sobie sami ze sobą na ten temat. Wszystkie przykłady z życia wzięte...
Wyobraźmy sobie kobietę głęboko wierzącą, matkę rodziny i żonę. Niestety, jej mąż i dzieci nie specjalnie wierzą w boga. Z tego powodu są w domu wieczne awantury, gniewy i przykrości. Kobieta nie jest w stanie pogodzić się z tym, że nie doprowadziła swej rodziny do wiary. Wszyscy są w tej rodzinie z tego powodu nieszczęśliwi. Czy jej postępowanie jest dobre, czy złe? Czy zmuszanie bliskich do udawania czegoś, czego nie odczuwają, jest dobre czy złe? Czy zmuszanie ludzi do życia wbrew sobie jest dobre, czy złe? Przecież kościół wymaga od rodziców, by wychowywali dzieci w duchu wiary.
Czy matka, która wyrzeka się dziecka, bo jest ono w związku z innowiercą, osobą niewierzącą lub homoseksualną, lub po prostu nie chce wziąć ślubu kościelnego, postępuje dobrze, czy źle. Czy może miłość do boga zabić miłość do dziecka? Czy krzywda, jaką wyrządzamy temu dziecku w imię boga, będzie nam policzona na szali dobra i zła, jako zasługa, czy jako wina?
Czy w domu, w którym jeden z małżonków maltretuje innego lub dzieci, kiedy bije, głodzi, maltretuje psychicznie, trzeba za wszelką cenę ratować ten związek, bo go połączył ślub kościelny? Czy grzechem jest rozwód i uratowanie dzieci przed biciem, poniżeniem, pedofilią etc? Czy w imię tradycji, trzeba pogodzić się z losem, wyrzec się osobistego szczęścia, mentalnie umrzeć za życia i narazić swoje dzieci na dożywotnią traumę? Tego oczekuje od nas kościół...
Czy, jeśli nasza córka, nasza żona, nasza siostra, jest w ciąży zagrażającej życie, mamy się sprzeciwić aborcji? Czy nie powinniśmy ratować kobiety, wiedząc, że bez tego zabiegu może umrzeć i ona i dziecko? Jak należy rozumieć przykazanie: nie zabijaj? Nie zabijaj nienarodzonego, pan bóg cię wyręczy, zabije i matkę i dziecko?
Czy odmawiając pomocy uchodźcom, z powodu ich rasy, religii i kultury, robimy dobrze czy źle? Czy w ogóle pytanie osoby potrzebującej pomocy o jej religię, jest dobre czy złe?
Powiem WAM, że dziś z perspektywy osoby w 90% uwolnionej już z religijności, ten katolicki dekalog wydaje mi się strasznie trudny do zrealizowania. Jest w nich, pod płaszczem obiektywnego dobra, bardzo dużo pułapek, które budzą moje wątpliwości. Dekalog ateisty jest dużo prostszy. Wymaga od nas jedynie prowadzenia na tyle szczęśliwego życie, by nie powodowało ono krzywdy innych. Zawsze na pierwszym miejscu stawia życie, życie tu i teraz. Ja wiem, że pomagać trzeba każdemu, nie pytając go o nic. Tak, jak pomagamy wróblowi ze złamanym skrzydłem, albo przygarniamy bezdomnego psa. Nie zastanawiamy się, że ten pies nas może ugryźć. Po prostu w tym momencie potrzebuje pomocy. Nie zabraniam swoim bliskim żyć własnym życiem. Nie zmuszam, by byli mną, bo ja nie jestem idealna. Powiedziałabym nawet, że moje dzieci, wychowane w domu bez religii i bez uprzedzeń, są ode mnie lepsze i bardziej otwarte na świat i ja wiele się od nich uczę. Mój świat, moja droga jest o wiele prostsza. Ja, podejmując życiowe decyzje, nie mam do przeskoczenia górki pod tytułem bóg i religia. I porównując moje życie z życiem wielu osób naprawdę wierzących, zrobiłam ludziom wokół siebie dużo mniej krzywdy. To, że swój wolny czas i pieniądze poświęciłam dla dobra rodziny, a nie kościoła, to jest już tylko dopełnienie całości.
Nie uważam ludzi wierzących za złych, lub za głupich. Myślę jednak, że nie maja potrzeby zastanawiania się nad swoim życiem. Po prostu wsiadają do pociągu, który mknie w dowolnym kierunku i nie zależy im na celu podróży. Idą tam, gdzie wszyscy, bo tak czują się bezpiecznie. Bo jeśli coś zrobią źle, ale tak, jak przykazuje kościół, to wydaje się im, że będą mieli alibi. Ale po coś człowiek ma wolną wolę i rozum. I skoro kościół zbłądził, skoro sam nie przestrzega zasad, które głosi, to mamy prawo się od niego odwrócić. Przestać go dożywiać, jak komórki rakowe, wyciąć z dużym zapasem tkanki, by nie dopuścić do przerzutów.
Przykro mi, jeśli to kogoś uraża, ale to rozumiem. Miałam tak samo i do dziś coś tam jeszcze wewnątrz mnie walczy. Ale jeśli ktoś był nałogowcem to wie, że gdzieś w nas w środku zawsze to zatrute ziarno siedzi i nie możemy mu pomóc wykiełkować. Więc my, ludzie wyleczeni, ciągle się ze sobą zmagamy, ciągle się czujemy odmieńcami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

I po co kochać ten kraj? ( Tekst z dnia 21 maja 2019)

Słuchanie informacji w środkach masowego przekazu, śledzenie mediów społecznościowych i czytanie gazet, może prowadzić człowieka do ...