niedziela, 10 grudnia 2017

Rękawiczki. (Tekst z dnia 10 listopada 2016 roku. )

Jesień powoli umiera. Dzień jest spokojny, chociaż trochę mglisty. Mam już na sobie płaszcz, lecz zanim podejmę ostateczną decyzje podchodzę do okna trzymając już w dłoniach rękawiczki.
Parasol, na pewno nie mogę zapomnieć parasola! Przecież to listopad...
Ta cisza za oknem, ten spokój jest wręcz przerażający. Zupełnie tak, jakby nic się nie miało wydarzyć. Tylko serce bije mi tak mocno, jakby chciało wyskoczyć. Pulsująca w uszach krew zagłusza ciszę. Rozglądam się po pokoju tak, jakbym miała go nigdy już nie zobaczyć. To jest tak, jakby się szło na operację ratującą życie. Albo będziemy zdrowi, albo umrzemy na stole.
Wiem, że jeśli się odwrócę i wyjdę, nie będzie już odwrotu. Ale jeśli zostanę i będę się przyglądać z boku, nigdy sobie tego nie wybaczę.
Ta cisza, tak głęboka, jak przed każdą burzą... Wiem, mogę zostać potraktowana gazem przez policję, mogę oberwać cios pałką po karku, mogę usłyszeć na swój temat wiele obelg. Ale przecież i tak jestem gorszego sortu...i mam już gruby pancerz. Szybko w myślach robię bilans, liczę, jak wiele mam do stracenia.
Ale czasami jest tylko albo, albo. Wszystko albo nic. Albo życie, albo śmierć, albo zwycięstwo, albo śmierć, albo wolność albo śmierć. Wybieram życie, ale to też może oznaczać śmierć.
Waham się, każdy by się wahał. Boję się momentu, kiedy będę sobie pluć w brodę i powtarzać: Po co ci to było? Przecież stałaś przy tym oknie i mogłaś odpuścić, mogłaś stać z boku, mogłaś się nie mieszać, próbować przeczekać. Byłaś z tamtej strony, bezpiecznie oddzielona szybą od zła. Ale widząc ten jesienny spokój wiedziałam już, że nie odpuszczę, nawet gdybym miała ten pokój oglądać po raz ostatni.
Zbyt mocno siedzą mi w głowie wszystkie obelgi, rzucane ot tak w nikogo, ale tak ostre, że trafiają prosto w serce. I to poczucie bezsilności, które mnie zżera od środka. Brak kontroli nad swoim życiem, brak kontroli nad swoim światem. Strach, że ktoś zniewoli mój umysł i umysł dzieci, że zamknie nas w ramach jakiejś nieuzasadnionej tradycji lub niedorzecznej religii.
Wychodzę, nie mogę się spóźnić na seans życia. Jestem tłumem i jednocześnie jestem sobą. A wieczorem być może z tego okna będzie widać już tylko leżące na ulicy rękawiczki i parasol i krople mojej krwi... i zmrok zapadnie na ten fotel, w którym już nie usiądę. Wyglądam jeszcze raz, na ulicy zbiera się powoli tłum. Już czas Polsko, już czas! Zimny powiew śmierci wpada przez otwarte drzwi. Lecz gdy przekraczam próg, nie ma już we mnie strachu, nie ma już we mnie wątpliwości.

1 komentarz:

Kryzysowa wersja wydarzeń. ( Tekst z dnia 20 sierpnia 2019 roku)

Jesteście w szoku po artykule Onetu na temat farmy trolli?, bo ja nie... Jeśli ktoś tak długo, jak ja działa w tematach politycz...