niedziela, 10 grudnia 2017

Smutek przed snem. (Tekst z dnia 16 września 2016 roku. )

Czy czasami mam jakiś żal do ludzi? Tak, jestem tylko człowiekiem i jak mówi moja córka, mam bardzo „krótki lont”. Czasami dwa słowa potrafią wywołać u mnie emocje niewspółmierne do okoliczności. Kto czyta moje posty regularnie zaważył, że jest w nich zawsze bardzo dużo zaangażowania i często przechodzę od entuzjazmu na skraj depresji. Ale taka już jestem i często możecie tu przeczytać słowa bardzo osobiste.
Właściwie już się przyzwyczaiłam, że działalność taka, jak moja, wiąże się z ryzykiem dostawania ciągłego lania. Nie jesteśmy w stanie niestety ani wszystkim dogodzić, ani się ze wszystkimi zgadzać. Ale jeśli się ktoś poczuje z tym lepiej, powiem, że wcale nie czuje się dobrze w roli wiecznego krytyka, czy podpowiadacza. Znacznie lepiej czuje się na pierwszej linii frontu. Żałuję, że nie mogę stanąć na barykady. Ale to trochę boli, kiedy słyszę, że „krzyczę na strażaków, ale sama nie idę gasić pożaru”. Zupełnie tak, jakby ktoś nie rozumiał, że nie każdy może być strażakiem, że ktoś musi wyprodukować wąż, drabinę, odzież ochronną, zmontować wóz strażacki, nawet położyć wodociąg z którego można czerpać wodę. I ci wszyscy ludzie na swój sposób też gaszą pożar, tylko ordery im się nie należą. Moja złość, mój żal, jest krótkotrwały. Mam jeszcze tyle samokontroli, by patrzeć na siebie z dystansu. I nikogo nie winię za krytykę. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma jakieś swoje życie, jakieś choroby, jakieś problemy, jakieś kredyty, jakieś obciążenia. I znam ludzi, którzy z racji kalectwa nie chodzą na manifestacje, ale maja sprawne ręce i umysł, więc popierają słowem. Oni, jak ja, też nie mogą być strażakami. Nie należy ich dyskryminować i umniejszać ich zaangażowania.
Jesteśmy wszyscy w trudnej sytuacji w tym wirtualnym świecie, w którym się w większości nie znamy. Swoje zdanie o innych wyrabiamy sobie po pozorach, po usłyszanych od innych opiniach i po nie zawsze z uwaga poczytanych postach.
Dlatego, ja nie wchodzę nikomu na profil, nie kasuję cudzych postów bez uprzedzenia, nie sprawdzam cudzej aktywności w JEGO grupie, nie mam czasu liczyć, ile ktoś dziennie wrzuca postów. Nie szukam czyjejś wypowiedzi tylko po to by ją skrytykować. Nie sugeruję administratorom grup, by kogoś wyrzucili. Nie rządzę się w cudzych grupach. Nie wchodzę w konflikty między grupami. Nie robię tego wszystkiego, bo uważam że jest rzeczą nikczemną ocenianie ludzi po pozorach, nie znając ich historii i warunków życia. Chociaż oczywiście mam intuicję. Bez trudu rozpoznaje osoby z niskim poczuciem własnej wartości, którre bezustannie opowiadają o swoich szerokich kontaktach, spotkaniach z ważnymi ludźmi lub o swoich chorobach. Wszystko, by w jakikolwiek sposób zwrócić na siebie uwagę i poczuć się ważnym. Tacy, którzy się dowartościowują tytułem wypisanym złotymi literami na wizytówkach. Ale najgorsi są tak zwani „sprzedawcy”. I rzeczywiście, tacy ludzie bardzo często pracują w szeroko pojętej obsłudze klienta i są przeszkoleni w aspekcie marketingu. Przenoszą swe zachowania z życia zawodowego na prywatne. Dużo mówią i szybko i są przekonani, że następnego dnia mogą mówić coś zupełnie innego, bo klient urabiany i tak już z wczoraj nic nie pamięta. Ale moje niezwykle bliskie związki ze słowami sprawiają, że jestem bardzo trudnym klientem do urobienia. Pamiętam wszystko i trudno mnie okłamać. Jest też szeroka rzesza karierowiczów, którzy dostają ataku paniki, kiedy widzą wartościową osobą, która mogłaby im w jakikolwiek sposób zagrażać. Jest też oczywiście niezwykle ogromna rzesza wspaniałych ludzi, którzy mają naprawdę dobre intencje i potrafią się skupić na celu, a nie na zasługach innych.
Niestety, większość z nas cierpi na pewien rodzaj wrodzonej choroby, która jest bardzo trudna do zwalczenia i tylko my sami możemy się z niej wyleczyć. Ja próbuję, by nie było, że jestem tu jakimś wyjątkiem. Otóż tworząc jakieś związki, partie, organizacje, bardzo szybko rezygnujemy z niezależności. Szukamy przewodnika stada, samca alfa. To się dzieje już na poziomie rodziny. Bardzo często mówimy: My lubimy jadać w tej restauracji, tam jeździć na wczasy, malować ściany na zielono itd. A tak naprawdę to osoba dominująca narzuca drugiej, co ma lubić. Tak samo jest w różnych organizacjach. Bardzo wyraźnie widać to w PISie, gdzie, wiadomo, jest tylko jeden mózg i wszyscy muszą mu się podporządkować. Ale nawet w grupach na FB widzę tego typu zjawiska. Oddajemy kawałek wolności w zamian za poczucie bezpieczeństwa, za pewność, że niczym się nie zarazimy od cudzych słów. Lepiej niech ktoś inny nam powie, co jest dobre i właściwe, a co szkodliwe. A my, my już nie będziemy musieli o tym myśleć.
Jak to niektórzy nazywają: murzyńskość, swoista nie- umiejętność życia bez kija nad głową, bez mentalnej nawigacji satelitarnej wyznaczającej drogę. Bez guru, który zawsze wie lepiej, co mamy myśleć.
Ilu znam ludzi, dla których słowa nie są płaskie? Takich, którzy biorą je w ręce i obracają z każdej strony i widzą w różnych wymiarach znaczeń? Czy to jest cecha wyćwiczona, czy rodzimy się z tym wyjątkowym zmysłem? A może to wada, może to uszkodzenie mózgu? Co sprawia, że świat nas obdarza tym nadmiarem wewnętrznej wolności, która daje odwagę, by akceptować cudze słowa, nawet wtedy, gdy bolą? Czy istnieje na świecie jedna racja, jakaś jedna metoda postrzegania świata? Czy to, co słuszne, jest takim zawsze niezależnie od okoliczności? Krytykujemy despotów, ale nie dopuszczamy do siebie myśli, że ktoś może mieć inne poglądy, może mieć inną rację niż my, niż te, które my przyjęliśmy od swego przewodnika. Odrzucamy bez zastanowienia wszystko to, co nie jest zgodne z linią wyznaczona nam przez kogoś z zewnątrz. Boimy się iść pod wiatr, boimy się że zostaniemy sami, że przegramy. I my chcemy uczyć innych, wychowywać....
Zasnąć, zasnąć i odpocząć od kłębowiska myśli. Zrzucić wielbłądzie garby. Uciszyć wewnętrznego diabła, który wciąż ostrzega, że jeśli pozostaniemy sobą, jeśli nie będziemy, jak inni, to nas odrzucą, wyrzucą, przerzucą. Przenieść się na chwilę do świata, gdzie nie ma tej mgły zacierającej obraz.
A jutro dzień nowy i trzeba znowu szykować miejsce na smutek.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Polska jest jedna? A od kiedy? ( Tekst z dnia 13 listopada 2019 roku)

Trochę nas wczoraj potrzymali w niepewności. Trudno było doczekać do tej 16-tej, kiedy się zbierze Senat, a tam jedna procedura za drugą...