wtorek, 12 grudnia 2017

W tę noc bezsenną... (Tekst z dnia ( nocy) 31 sierpnia 2017 roku. )

Powiem tak, Drodzy Polacy gorszego sortu, których Kaczyński tak nazwał, bo uważał za zagrożenie. Nie jesteście zagrożeniem już od dawna. I to, co robi Kaczyński i jego pachołki, w dużej mierze jest wynikiem Waszej niemocy! Staram się z WAMI rozmawiać jak najbardziej dyplomatycznie, chociaż czasami mnie wkurwiacie do granic możliwości. Powiem WAM tak krótko, jak potrafię i może trochę mniej dyplomatycznie byście lepiej zrozumieli. Kto nie zrozumie teraz, nie zrozumie już nigdy. Powiem WAM w tę noc ostatniej szansy i ostatniej decyzji.
Cały czas liczycie na to, że przyjdzie Unia Europejska i za WAS posprząta. Ale sami z siebie nie chcecie wykrzesać zbyt wiele. Zupełnie jakbyście nie rozumieli, że to WASZ kraj, WASZE życie i WASZA sprawa. Jeśli się komuś wydaje, a po komentarzach muszę to podejrzewać, że my, Polacy mieszkający za granicą, mamy jakąś dziką satysfakcje z powodu, że w Polsce się źle dzieje, to znaczy, że nie umiecie czytać, albo nie rozumiecie swego języka. Nie jest to dla nas przyjemne, że cały czas nam robicie uwagi, że łatwo jest nam na WAS krzyczeć, bo nam nic nie grozi i że WAS mobilizujemy, ale sami nie pojawiamy się na ulicy.
Ja prawie każdego dnia przez dwie godziny dziennie śledzę wydarzenia, słucham różnych audycji, czytam wypowiedzi polityków i artykuły. Tak się przygotowuje do napisania postu. Czasem w międzyczasie zapisuję pojedyncze zdania komentarza, co mnie zmusza do noszenia przy sobie w każdym momencie życia notatnika i czegoś do pisania. Potem siadam, jeszcze raz wszystko analizuje, robię w myślach plan postu, wątek przewodni i puentę, którą chciałabym w nim zawrzeć. Około godziny, w zależności od tematu, zajmuje mi pisanie postu. Potem sprawdzam, poprawiam błędy, szukam odpowiedniego zdjęcia, jako ilustracji. Powiedzmy, półtorej godziny na całkowite powstanie kolejnego wpisu. Potem ręczne wrzucanie postu, strona po stronie, grupa po grupie, kolejne pół godziny. I to robię w zasadzie każdego dnia, chyba, że jestem w szpitalu, padnie mi komputer, lub wyłączą prąd. Świątek, piątek i niedziela ta sama robota. Każdego dnia od ponad dwóch lat. Ale to tylko jest mój blog i mój wpis codzienny. Prócz tego spędzam co najmniej 2 godziny dziennie na komentarze. Głównie we wrogich grupach. Po pierwsze dlatego, że tam można sobie na barankach bożych ostry język poćwiczyć, po drugie, lubię, kiedy się motają słysząc prawdę w oczy, po trzecie, nie ma sensu się poklepywać po ramieniu wśród przyjaciół, trzeba siać ziarno zwątpienia w tamtych kręgach. A nóż znajdą się tacy, których się uda od kochanej władzy odciągnąć. Przez te dwie godziny, regularnie, dzień w dzień przyjmuję wiadro pomyj na twarz. Nawet mi już nie śmierdzi. Przyzwyczaiłam się. Około pół godziny dziennie spędzam na udostępnianiu na mojej grupie ciekawych postów o temacie politycznym. Może z godzinę odpowiadam na komentarze pod swoimi postami. Nie chcę tu dokładnie wyliczać ile to godzin jest każdego dnia, ale gdyby mi ktoś za tę robotę płacił, jak podejrzewa nas wszystkich premierka, to miałabym spokojnie pełnowymiarowy etacik.
Nie pisze tego, by się pochwalić, lub pożalić, że tak dużo czasu muszę Ojczyźnie poświęcać, w dodatku za darmo. Robię to z własnej i nieprzymuszonej woli, nie dla WAS, ani nie dla poklasku. Robię to, bo to potrafię robić najlepiej, a każdy powinien się angażować tak, jak najlepiej umie. Mówię to WAM, bo od dawna słyszę te szepty, że nam tu na odległość jest łatwiej, że my nic nie musimy, tylko siedzimy przed komputerem. Ale nie oceniajcie ludzi po pozorach i z daleka. Takich jak ja jest może 50 osób, może trochę więcej. Te 80% z nich mieszka za granicą. Kiedy się kładę spać o trzeciej w nocy, większość z nich jeszcze pracuje próbując internetowe pole walki ogarnąć, a rano o ósmej budzą mnie swą aktywnością na messengerze. Nie wiem, kiedy śpią i kiedy odpoczywają. Nie przyjeżdżają na protesty z różnych powodów. Jedni, bo są inwalidami, inni, bo mają chorego pod opieką, jeszcze inni, bo nie mogą zostawić wszystkiego i dwa razy w miesiącu jechać do Polski. Czasami przeszkoda jest banalna. Bilet z Alicante do Warszawy kosztuje czasem 200 a czasem ponad 300 euro. Nie każdy z nas jest milionerem, chociaż w Polsce wszystkim się zdaje, że za granicą to tylko wystarczy mieć grabie i grabić banknoty, jak liście. Nie jesteśmy kosmitami. Każdy z nas ma rodzinę, chałupę do posprzątania, obiad do ugotowania, psa, kota i zwyczajną robotę na zarabianie pieniędzy. A mimo to znajdujemy czas na to wszystko. Podejrzewam, że czasami już widząc mojego awatara, chce się WAM rzygać, bo macie już dość tej namolnej baby, która WAS ciągle poucza. Nikt mi nie może zarzucić, że chociaż przez chwile odpuściłam, że się poddałam, że jeśli tli się we mnie chociaż iskra wiary, to się nią z WAMI nie dzielę. Nie stoję obok WAS na manifestacji i bardzo tego żałuje, bo nie byłabym taka grzeczna jak Wy jesteście. Dawno miałabym już darmowy wikt i opierunek w więzieniu, bo taki Kaczyński nie jednym jajem by ode mnie zarobił. Podejrzewam, że gdybym zobaczyła te metalowe płoty, to pierwsza przytargałabym agregat prądotwórczy i boscha i bym po prostu tę ich konstrukcję naruszyła. Bo nikt nie będzie stawiał jakiegoś muru w mojej Polsce i na (także) mojej ulicy! Ale nie jestem tam z WAMI, bo nie mogę, a może jestem tylko mnie nie widać. Może ja mam rację nawołując do bardziej ostrego protestu, a może WY, ale póki co idziecie drogą, której celu nie widać! I piszę to głównie dlatego, że mnie denerwujecie traktując nas, zagranicznych Polaków, jak gorszy sort od gorszego sortu. Pisę to w tę noc przed rocznica sierpnia, zastanawiając się, ilu z WAS, którzy to przeczytają, zmusi się do lajka, do komentarza, ale jutro po prostu znajdzie sobie kolejną wymówkę, by nic nie robić i życie obejrzeć w telewizji...Pytam się WAS, którzy uważacie, że my mamy lepiej, bo jesteśmy z dala od tego wszystkiego: Ile Wy dziennie poświęcać czasu swej Ojczyźnie, ile piszecie postów, drukujecie ulotek ile memów tworzycie ile przeprowadzacie nocnych rozmów na messengerze wymyślając metody walki? Ile jesteście w stanie czasu poświęcić, by choćby dowiedzieć się, co się naprawdę dzieje?
Nie, nie oczekuję odpowiedzi. Wolałabym, byście sami sobie odpowiedzieli. Odpowiedź otrzymam jutro przed Stocznią.
Piszę do WAS w tę noc, bo wiem, że nie będę mogła zasnąć wiedząc, iż niczego już nie mogę więcej zrobić. Reszta należy już do WAS. Piszę i zastanawiam się ilu mieszkańców liczy sobie Gdańsk i ilu z nich pofatyguje się jutro przespacerować pod Stocznię. I ogarnia mnie strach, że się znowu zawiodę, że mało kto pójdzie świętować w zadumie, że nikt nie pójdzie stanąć w obronie Lecha Wałęsy, a taki Piotr Duda, za państwowe pieniądze zwiezie z całej Polski bezwolne barany, które będą chwalić władzę i nas okradać z tego, o co walczyliśmy. Boję się, że Kaczyński znów wygra i będzie tak długo wszystkim wmawiał, że jest bohaterem, aż w to uwierzymy.
Siedzę przed komputerem i widzę, że prawdziwe walczaki jeszcze nie śpią, że nadal wymieniają niepokorne myśli, że tak samo się martwią o jutro, o to jutro 31 sierpnia i to jutro w dalszej przyszłości. O to, jaką Polskę zostawią przyszłym pokoleniom, o to, jak nas będą one postrzegać, jako zwycięzców, czy jako zdrajców, a może jako ludzi, którzy wolność pozwolili sobie odebrać.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bez boga wam się nie uda... ( Tekst z dnia 16 maja 2019 roku)

Właśnie wyłączyłam telewizor. Nie zniosę po raz setny tej samej piosenki odśpiewywanej przez Ziobrę! W pierwszym momencie po premierze w...