poniedziałek, 11 grudnia 2017

Wiara bezwładna. (Tekst z 13 lutego 2017 roku. )

Nieustannie trwa dyskusja nad reformą szkolnictwa, sprawą już niestety przegraną, zatwierdzoną, podpisaną przez prezydenta. Przy okazji, jak bumerang wraca sprawa lekcji religii w szkole. Czy powinny one się odbywać na terenie szkoły, czy w salkach katechetycznych? A jeśli w szkole, to kto powinien je finansować? Padają takie głosy, że można by wynajmować pomieszczenia szkolne kościołowi w celu prowadzenia tam zajęć, ale kościół sam musiał by finansować wykładowców, pomoce naukowe etc. Jeśli bym miała jakąkolwiek nadzieje, że taki pomysł będzie można wcielić w życie, uznałabym, że jest to maleńki krok na przód. Tylko tyle, że ja bym obciążyła opłatami za te ideologiczne wykłady rodziców. W końcu płacą za jakieś dodatkowe zajęcia swoich dzieci. Religia powinna być uznawana za takie dobrowolne zajęcia prowadzone odpłatnie. Mogłaby się wtedy ujawnić prawdziwa ilość osób wierzących w Polsce. Bo najlepiej do ludzi przemawia zawartość portfela. Zakładam więc, że na religię posyłali by swoje dzieci rodzice naprawdę wierzący, którym na takiej edukacji zależy. Niestety, żadnych zmian nie uda się nam, póki co, przeprowadzić. Do tego jeszcze, po wdrożeniu nowej reformy, trzeba by uczciwie w ogóle przestać finansować nauczanie, bo mam wrażenie, że historia będzie poniekąd lekcją religii i literatura, i fizyka i przyroda itd. itd.
Jak dla mnie takie zmiany niczego by nie dały, tak jak łyżka wody nie zmieni smaku w kielichu goryczy. W moim życiu religijnym można wyodrębnić 3 etapy. Pierwszy etap „wiary bezwładnej”. Czyli tak, jak każda rzecz na Ziemi jest poddana grawitacji, tak każdy człowiek, który w pewnym momencie zaczyna odczuwać samego siebie, jest obciążony wręcz genetycznie religią. Jest ona tak bardzo do człowieka przyklejona, że poddajemy się jej jakby z rozpędu. Po kolei zaliczamy wszystkie kolejne sakramenty, bo robią to wszyscy wkoło. W zasadzie ani nas to ziębi, ani parzy. No, ja miałam taki krótki moment, kiedy byłam naprawdę religijna. I myślę, że gdyby nie zmiany polityczne, Solidarność i macki kościoła rozrastające się do niebotycznych rozmiarów, być może pozostałabym na łonie kościoła. Potem przyszła faza: „tradycyjnej obojętności”. Powoli zaczynałam mądrzeć, widzieć ile w działaniach kościoła jest obłudy, ale będąc w określonym kręgu kulturowym, nie sprzeciwiałam się praktykom religijnym. W tym czasie zdążyłam wziąć kościelny ślub (dla świętego spokoju), ochrzcić i wysłać do komunii dzieci. Nie, już wtedy nie wierzyłam w boga, nie przyjmowałam księdza, nie chodziłam się spowiadać, w ogóle nie chodziłam do kościoła. Ale nie chciałam, by mnie wytykano palcami, więc dzieci na religie chodziły. I tak, jak powiedział autor postu, do którego się tu akurat odnoszę, małe dzieci były bardziej bezpieczne, gdy siedziały na lekcji w szkole, niż gdyby spędzały ten czas gdzieś na ulicy. Więc każdy wolał, by z tą katechetką były lub w towarzystwie księdza. I gdyby mi się ktoś wtedy zapytał, byłabym skłonna przychylić się do poglądu, by kościół sam finansował lekcje dla dzieci, ale by one odbywały się w szkole.
Później mój konflikt z kościołem narastał, ale przede wszystkim narastał mój wewnętrzny bunt wprost proporcjonalnie do wzrostu wpływów kościoła w państwie. I tak dotarłam do sytuacji obecnej, ostatniego etapu „wrogości w stosunku do kościoła”.
Dzisiaj to już nie interesuje mnie wywalenie kościoła ze szkół, z Sejmu, z urzędów państwowych. Ja chcę wywalić kościół z Polski! Bo wiem, że jest on jak smok, któremu można w nieskończoność odcinać głowy, a na ich miejsce odrastają nowe, jeszcze silniejsze. Trzeba go zabić do końca i definitywnie. I dziś nie wystarczy nie posyłać swoich dzieci na religię. Kościół stał się, a raczej zawsze był, ale to ukrywał, siedliskiem zła, wszelkich fobii, nacjonalizmów, nienawiści i nietolerancji. Osobiście uważam, że szkodliwość kontaktów młodych ludzi z kościołem, jest porównywalna z kontaktem z twardą pornografią. Bo jedno i drugie całkowicie wypacza prawdę o życiu. Kościół jest szkodliwy dla zdrowia, stresujący, opresyjny, pozbawia nas wrażliwości i prawdziwych emocji. Kościół nas zabija! Kościół nas ogranicza. Oczywiście w Polsce jest głównie kościół katolicki, ale obiektywnie dotyczy to wszystkich religii świata. O wszystkich wojnach i nieszczęściach spowodowanych przez religie wszelkiej maści rozmawialiśmy już wielokrotnie. Wydaje mi się, że gdyby ludzie pozwolili sobie na chwile zadumy, szybko zaczęli by myśleć podobnie do mnie. Niestety, wiele osób przeżywa całe życie na etapie mojego stadium wiary bezwładnej. Podporządkowują się narzuconym normom, nie zastanawiając się, czy są im one potrzebne, co zmieniają w ich życiu i ile ich kosztują.
Nie, ja tu w ogóle nie odrzucam wewnętrznego życia człowieka. Każdy ma jakąś sferę życia pozazmysłowego, jakiś niezbadany empirycznie metafizyczny świat. Nie pozwólmy jednak, by ktoś ten nasz świat wykorzystywał do swoich partykularnych celów, by nas nim szantażował i zniewalał strachem.
Musimy się nauczyć być wolnymi ludźmi. Nie pozwolić się zakuć w ramki. Poczucie bezpieczeństwa, jakie nam daje obietnica życia po śmierci, jest ułudą. A do tego stawia nam bardzo twarde warunki, prawie nie możliwe do spełnienia. Odrzucenie kościoła nie musi oznaczać dla nas zabijania nadziei. Bo przecież, jeśli ten świat ma jakiś sens, to musimy przestać wierzyć w śmierć. My, nasza osobowość, nasze myśli, to wszystko jest wieczne. Być może żyjemy tu w ziemskim opakowaniu, jako pojedyncze krople wody, które kiedyś połączą się z oceanem. Tak ja to widzę. Wierzę w to, że kiedyś zrzucę ziemskie ubranie i wrócę do źródła. A kiedy odpocznę to znowu ubiorę jakąś ziemską powłokę. Dlatego warto jest się uczyć, warto się ulepszać wewnętrznie, walczyć ze swymi ograniczeniami. Bo kiedyś, chociaż zapomnimy swoje dawne życie, narodzimy się już bogatsi.
Możecie powiedzieć, że to, w co ja wierzę, to też jest jakaś religia. Nie, ja wierzę w boskość człowieka, w to, że jest częścią siły życia.
A wracając na Ziemię i do problemów z kościołem i wszelkimi religiami. Dla mnie to czyste zło. To ułuda, którą nam sprzedają za ciężkie pieniądze. Same instytucje religijne są siedliskami zła. Trzeba się od nich trzymać z daleka. Ja, gdybym mogła, wyrwała bym to zło z korzeniami i spaliła. Oczywiście, taki plan to czysta utopią. Nie jest on możliwy do wykonania. Bo religia, jest jak perz rosnący na polu pszenicy. Jeśli zabralibyśmy jedno czyste ziarno zboża na obcą planetę, za chwile pojawiłby się także ten chwast. Po prostu trzeba by spalić Ziemie, by się go pozbyć, a może nawet i wtedy mikro kłącza przetrwały by w Ziemi. Ani moje pokolenie, ani 5 następnych sobie z tym złem nie poradzi. To jest obrazem tragicznym. Widzimy skąd się bierze zaraza, mamy na nią lekarstwo, ale nie chcemy się leczyć. Człowiek bardzo często działa destrukcyjnie w stosunku do siebie samego. Większość ludzi bardzo się boi zachorować na raka, ale mimo to pali w piecu węglem niskiej jakości powodując, że powietrze nie nadaje się do oddychania. Naraża w ten sposób siebie i własne dzieci, ale nie potrafi postępować słusznie. Ludzie niszczą samych siebie, fizycznie i psychicznie. A religia jest świetnym narzędziem do destrukcji i jest jak narkotyk.
Ja mogę już dziś podjąć nierówną walkę ze zniewoleniem świata przez oszustów religijnych. Jestem gotowa i czuję się na siłach. Ale obawiam się, że byłabym w tej walce bardzo osamotniona. Ludzie, zdając sobie sprawę, jak bardzo ta walka jest beznadziejna, wolą odpuścić. I tak trwamy. I tak kajdany przestały nas uwierać. Po prostu się już w nich rodzimy. Są częścią nas.  A my jesteśmy bezwolni, jak liście na wietrze. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

...Ci wszyscy wasi przyjaciele... ( Tekst z dnia 18 listopada 2019 roku)

Wszyscy zgodnie twierdzą, że ze względu na taki, a nie inny układ sił, ta kadencja sejmu i senatu będzie bardzo ciekawa. A ja się obawia...