niedziela, 10 grudnia 2017

Żmija. (Tekst z dnia 9 sierpnia 2016 roku. )

Kiedy moje dzieci już dorosły i w domu zrobiło się spokojnie i nudno, bardzo poważnie zastanawiałam się nad stworzeniem rodziny zastępczej dla jednego lub dwójki dzieci. Zresztą moje córki mnie do tego gorąco namawiały. Czy wiecie, dlaczego się na to nie zdecydowałam? Panicznie się bałam, że nie będę się potrafiła zdecydować na konkretne dziecko. Obawiałam się, że jeśli pójdę do „domu dziecka”, to po prostu zabiorę stamtąd wszystkie dzieci, albo żadnego. Że zabierając jedno dziecko, gryzłabym się do końca życia swym wyborem. To samo dotyczy zwierząt ze schroniska. To, że psa lub kota wolę kupić, niż przygarnąć, nie wynika z tego, że jestem bezduszną suką. Po prostu biję się z myślami, że będę do końca życia widzieć te oczy pełne prośby o miłość, które musiałabym tam zostawić. Nie chcę przedstawiać się jako osoba niezwykle wrażliwa i dobra. To moje podejście ma bowiem dwie strony. Jest z jednej strony wrażliwością, ale także egoizmem, który nie pozwala mi na udzielenie pomocy ani psu, ani człowiekowi. Nie potrafiłabym też zaadoptować chorego dziecka, bo serce by mi pękało każdego dnia. Taką już mam naturę. Lepiej znoszę własne cierpienie, niż cudze.

Opowiadam Wam to nie po to, by jakoś za dużo o sobie powiedzieć. Chcę Wam tylko powiedzieć, że często żałuje, że indywidualny człowiek może tylko troszeczkę pomóc, a przecież sprawiedliwym byłoby zbawić cały świat hurtem. I cały ten wstęp piszę po to, by nawiązać do problemu, który poruszam dość często i jest niezwykle kontrowersyjny. Toczy się od dłuższego czasu spór o przyjmowanie emigrantów. I wbrew pozorom, nie jest najważniejsze, ilu tych ludzi miałoby być, czy będą to kobiety, czy mężczyźni. Jak zwykle w Polsce sprowadza się to wszystko do wiary w jakiegoś urojonego boga. I znowu wczoraj słyszałam, że owszem, przyjmiemy chętnie wszystkich, ale chrześcijan. A ja wyobrażam sobie siebie, stojącą przed grupą zabiedzonych dzieci uciekających przed bombami, z których wielu straciło nie tylko dach nad głową, ale czasami całą rodzinę. A ja wybieram z tej grupy trójkę chrześcijan i zabieram do Polski, gdzie jest cisza i poczucie bezpieczeństwa. I myślę sobie, że jeśli by istniał bóg, to bylibyśmy dla niego, jak te mrówki, które rozdeptujemy w trawie. Jedno życie nie ma dla niego żadnego znaczenia. My zabijemy mrówkę nieświadomie, bo jej nie widzimy, a on zdaje się budzić się rano i dla zabawy pokazywać palcem, kto dzisiaj zginie.

Ludzie doświadczają różnych nieszczęść, a mimo to ciągle sobie wmawiają dobroć swego boga. Tłumaczą każdą podłość boskim planem. Ale kim jest ten bóg, który każe segregować te dzieci na lepsze i gorsze. Dlaczego jedne są dla niego warte przeżycia, a inne przeżycia niewarte? Co my, ludzie, mamy z tego boskiego planu poza cierpieniem? Czy ludzi wierzących spotyka statystycznie mniej nieszczęść? Co sobie myśli taki bóg, kiedy zabiera matce dziecko, bo mu się akurat zachciało nowego aniołka? Nienawidzę tego boskiego planu. Gdybym ja była bogiem, to wszystko by się nie działo. Mam w swym ludzkim sercu znacznie więcej miłości do ludzi i świata, niż ten nasz bóg, podły, zazdrosny i dowcipny, który się nami bawi. Nie wiem, jak można w niego wierzyć, składać mu hołdy i się do niego modlić. Mam wrażenie, że gdyby istniał, byłby zdziwaczałym starcem, który nie jest w stanie zapanować nad swym dziełem. Patrząc na świat widzi się wyraźnie, iż nie jest możliwe, by był jednocześnie nieskończenie miłosierny i wszechmocny.

Chciałam zupełnie o czymś innym. Chciałam pogadać o Polakach, o ich dziwnej wierze w boga połączonej z okrucieństwem. Te moje dyskusje z bogiem, którego nie ma, to pozostałość po czasach, kiedy jeszcze sama bezkrytycznie wierzyłam w kościelne bajki. I gdyby ludzie wierzyli tylko w jakiegoś boga, byłoby to głupotą i naiwnością, ale nie niosło by za sobą tej podłości i nienawiści. Niestety, między człowiekiem i bogiem pojawił się kościół. Tak często słyszymy o różnych bezeceństwach wyprawianych przez tę instytucję, właściwie odkąd istnieje. A mimo to, większość ludzi ma ścianę na tej szufladce w mózgu, która dotyczy kościoła. Tego typu wiedza się od tej ściany odbija. Co najwyżej odpowiedzą, że nie wierzą w kościół, tylko w boga. Taka hipokryzja w stosunku do samego siebie. Usprawiedliwianie własnej głupoty i traktowanie boga jak koła ratunkowego, które się na wszelki wypadek ma w pogotowiu. Żałosne to jest, tym bardziej, że na wszelki wypadek płaci się haracz na rzecz tego kościoła, w który się nie wierzy, bo, a nuż widelec te sakramenty, które do niczego nam nie są potrzebne, mogą nam ułatwić drogę do tego boga, który stoi w sprzeczności z kościołem.

Trudny wywód. Tak, logika niezwykle pokręcona. Ludzie, jesteście tchórzami. Nie macie odwagi stanąć po żadnej ze stron. Wolicie być jedną nogą tu, a drugą tam. Nie umiecie żyć. Nie umiecie być uczciwi nawet z samym sobą.

Tacy Polacy zwyczajni, wybiórczo wierzący, wybiórczo mądrzy, wybiórczo miłosierni. Dla własnej wygody głoszący głupoty o zbliżającej się islamizacji, jeśli choćby jeden heretyk przekroczy granicę ich kraju. Napakowani faceci, żyjący w strachu, że ci czarni mają zbyt duże przyrodzenie i że ich głupie kobiety tylko tyle potrafią dostrzec w mężczyźnie. Ojcowie łudzący się, że ich córek nikt nie zgwałci, dopóki nie nadejdą Syryjczycy. A tu masz, w samym zeszłym tygodniu dwa zbiorowe gwałty na dziewczynach zakończone mordem, przez waszych białych katolickich sąsiadów. Brakuje naprawdę słów, by ten dziwny rodzaj mentalności precyzyjnie określić. Ja ich nie znam. Czasem mam wrażenie, że za plecami wielu z nas czai się jakiś potwór, że na co dzień zwyczajni dobrzy ludzie nie są w stanie tego potwora utrzymać w ryzach. Wystarczy jedno słowo, jeden gest, przyzwolenie władzy, a całe zło wyłazi z nas jak żmija, która kąsa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Konstytucja tego nie zabrania... ( Tekst z dnia 12 września 2019 roku)

Dostałam bana, dziś o godzinie 10:00, kiedy grzecznie dosypiałam noc, ponieważ załamanie pogody mnie ubezwłasnowolniło w kwestii opuszcza...