sobota, 6 stycznia 2018

Wbrew woli. ( Tekst z dnia 6 stycznia 2018 roku.)

Mój mózg walczy z moim sercem. Trwa bezustanna walka. Chociaż podobno uczucia są jednym z elementów rozumu. A mimo to, ciągle gdzieś głęboko w nas toczy się wieczna bitwa. I niezależnie od tego, jak długo decydujemy się milczeć, przychodzi taki moment, kiedy musimy wyrzucić z siebie odpady tej wojny. Ile trzeba by mieć żyć, by chociaż jedno przeżyć jak należy, by chociaż raz mieć pewność, że to, co robimy nie jest sprzeczne z nami samymi? Jak długo można chodzić na kompromis z całym światem i po co? Dla pozoru, dla świętego spokoju innych?...bo przecież nie naszego. Ale kiedy zaczynamy stawiać na swoim, zaczynamy widzieć swoją twarz w lustrze, która powoli staje się wyłącznie nasza i nie jest tylko odbiciem cudzych pragnień, stajemy się wrogami wszystkich dookoła. Kiedy się przez 50 lat robi wszystko, by każdemu dookoła było z nami dobrze, zapominając jednocześnie o własnych potrzebach i poglądach, to w pewnym momencie patrząc w lustro nie widzimy już nic oprócz mgły i zdajemy sobie sprawę, że to, co było nami po prostu umiera... i że natychmiast musimy coś zrobić, by odzyskać twarz!
Ja tak mam w każde święta, a szczególnie w te grudniowe. Obchodzenie urodzin boga, w którego nie wierzę jest dla mnie prawdziwą katuszą. Całe życie się godzę na jakieś choinki, bo wszyscy tak robią, na jakieś potrawy, które nie do końca mi smakują, na jakąś atmosferę, chociaż tak naprawdę zawsze to była atmosfera zakłamania i napięcia, by się przypadkiem nie wyrwać z jakimś szczerym słowem, bo przecież wypada tylko być miłym dla wszystkich, choćby to miało być po prostu nieszczere.
W tym roku nie było choinki po raz pierwszy. Czy był opór wśród domowników? Ależ oczywiście! Argumenty przeważyły, argumenty racjonalne, nie emocjonalne. Bo to obrzydliwa tradycja, by skazywać na śmierć żywą roślinę tylko po to, by się nią nacieszyć przez 2 tygodnie. Oczywiście można kupić choinkę w doniczce, ale trzeba mieć duży ogród, by co roku nowe drzewko posadzić i darować mu życie. Można też ewentualnie sztuczną...Tak, ja mam taką, stała u mnie jeszcze w zeszłym roku. Stary, zakurzony wiecheć z którego od dawana opadają igły. Coroczny powód do wigilijnych niesnasek na temat, jak to najlepiej założyć lampki i które bombki powinny wisieć na dole, a które na samym czubku. Nienawidzę tego! Nienawidzę robienia czegokolwiek dla pozoru!
To nie była jedyna rewolucja. Odwołałam też tradycję dawania prezentów. Jeśli się zna swoich bliskich, zawsze można znaleźć bez szczególnej okazji coś, co można im podarować, nie trzeba gorączkowo i na siłę szukać czegoś, co można by zawinąć w papier i położyć pod choinką i by zmusić osobę obdarowaną, by udawała świąteczny zachwyt z otrzymanego prezentu.
Opłatka nie ma u mnie już od lat i chyba to wszyscy przyjęli z ulgą, bo każdy chyba wyczuwał żenującą atmosferę tej sytuacji, kiedy się stoi naprzeciwko kogoś na pozór bliskiego i wypadałoby coś powiedzieć od serca, a tu pustka i w głowie i w sercu. Jeśli tylko chcemy, jeśli mamy komuś coś do powiedzenia, zawsze znajdziemy właściwy moment, by mu to powiedzieć, by go potrzymać za rękę lub popatrzeć w oczy. Nikt nam tego nie powinien narzucać.
I tak po 2 tygodniach świąt, jestem zmęczona fizycznie i psychicznie. Zmęczona unikaniem tradycji, unikaniem jedzenia tego, co by wypadało chociaż wcale tego nie lubię i mi to nie służy. Jestem zmęczona upieraniem się, że nie będę postępować, jak każdy, bo nie jestem owcą w stadzie, która nie może pójść własna drogą.
Czasami mi się wydaje, że jestem też trochę zmęczona na zapas, bo nie potrafię się cieszyć z nadchodzącego Nowego Roku. Nie jest on źródłem moich nadziei. Wręcz przeciwnie, widzę trudną drogę pod górkę, widzę zwalone drzewa i zgliszcza, widzę bezsilność i łzy.
Za życzenia noworoczne, szczególne te dotyczące zdrowia psychicznego dziękuję, bo jako osoba zmagająca się od lat z chorobą Hashimoto, zmuszającą mnie do ciągłej walki o swoje zdrowie psychiczne, trochę szczęścia w tej walce mi się przyda. Tym bardziej, że czynnik stresu, który ma zasadnicze znaczenie w tej chorobie, jest ogromny. Nie wyobrażam sobie, że będę kolejny rok apelować do ludzi o rozum i rozsądek. Po prostu nie mam już siły. Nie widzę żadnego światełko w tunelu, raczej dogasające świeczki bojowników o demokrację. Nie macie pojęcia, jak mnie to dołuje. Poznałam wielu mądrych, silnych ludzi, którzy ciągle walczą, ale jest nas tak mało, że nasz głos niknie we wszechświecie. Chyba jesteśmy z innej planety, zgubiliśmy się i nie pamiętamy drogi do domu.
Polityka wraca powoli na swoje zwyczajne tory. Gdyby chcieć wszystko skomentować, brakło by wszystkich słów świata. Pierwsze dni Nowego Roku są czarne i smutne. Jakieś błagalne modły wznoszone w stronę Budapeszyu, jakieś coroczne ataki na WOŚP, udowadnianie na siłę, że protestującym lekarzom chodzi tylko o pieniądze. Szkoda gadać. Właściwie, to czasami już nie mam nawet siły odczuwać złości! Jest tylko smutek, że PIS jest jak wielka śniegowa kula spadająca z wysokiej góry...coraz większa i coraz trudniejsza do zatrzymania. Ale kiedy dzwonię do Polski to i słyszę, że i tak jest lepiej, niż za Tuska! A najlepiej jest tam, gdzie ludzie się motają między kościołem a jedyną dostępną telewizją. Tam nie dociera żadne mądre słowo, na tych wioskach, gdzie, jak to niektórzy mówią psy tyłkami szczekają.

Nie obudziłam tych ludzi w zeszłym roku i nie obudzę w następnym! Oni tam do końca życia pozostaną przy swoim. Ta ich głupota jest jak nałóg. A z nałogu, jak wszyscy wiedzą, nie można nikogo wyleczyć wbrew woli. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kręta droga z czarnej dupy. ( Tekst z dnia 19 marca 2019 roku.)

Od dawna nie rozumiem mojego kraju. Nie rozumiem polityków i obywateli. Ale tak naprawdę, jak wszyscy ulegam manipulacji i poddaje się ogó...