piątek, 25 stycznia 2019

Pomaganie jest dziecinnie proste...? ( Tekst z dnia 25 stycznia 2019 roku)


Drodzy Państwo. Bardzo gorzki to będzie list. List do WAS wszystkich. Do tych pełnych entuzjazmu i nadzieli, że to, co nas spotkało dwa tygodnie temu, odmieni nasze życie na zawsze.
Pewnie wielu z WAS znowu mnie skrytykuje, że nie doceniam ludzkiego zaangażowania, nie solidaryzuje się w WASZYCH działaniach i nie rozumiem WASZYCH uczuć. Może jednak zanim obrzucicie mnie błotem, co już mi trochę spowszedniało, przemyślcie ten tekst i zrozumcie, że nie krytykuje WAS za to, co robocie lecz za to, czego robić nie chcecie.
Pomaganie jest dziecinnie proste..., z takim hasłem na ustach wyruszyliście zbierać pieniądze na WOŚP. Udowodniliście po raz 27, że potraficie dokonywać cudów, a ostatnia Puszka Pawła Adamowicza dopełniła ten obrazek. Pokazaliście także wielką solidarność w związku ze śmiercią Prezydenta Gdańska. Za to bardzo WAM dziękuję.
I na tym bym mogła zakończyć i wszyscy byli by szczęśliwi, a ja dostała bym mnóstwo lajków.
Nie jestem jednak osobą, która żywi się pochwałami. Odkryje więc przed WAMI swoje myśli, a WY sami osądźcie, czy mam chociaż cień racji.
Odniosę się do świata zwierząt, nie dlatego, bym chciała pomaganie ludziom porównać z pomaganiem zwierzętom. Chce jednak pokazać na przykładach z własnego życia, że nie wszystko jest tak proste, jak nam się wydaje.
Jedna z moich znajomych mieszkająca w swoim domu w górach, zauważyła czas jakiś temu, że pod jej dom podchodzą dwa bezdomne koty. Najpierw nieśmiało, ze strachem, ale po jakimś czasie z chęcią zaczęły przyjmować jedzenie i zbliżać się do ludzi, co owa znajoma uwiecznia na zdjęciach i filmach i często wrzuca na FB.
Pewnie już wiecie o kogo chodzi i sami często komentujecie jej posty. Ja doskonale rozumiem jej postępowanie. Człowiek czuje się jakby lepszy, kiedy zaczynają do niego przychodzić dzikie lub bezdomne zwierzęta. Ale muszę ją w tym momencie przestrzec, bo idzie wiosna i gromadka zwierzaków może ulec powiększeniu.
U mnie to było tak...
Siedzieliśmy sobie całą rodziną w ogrodzie. Były wakacje i jedliśmy późną kolację. W pewnym momencie na podwórku pojawił się wychudzony, czarny kot z dziwnie zakrzywionym ogonem. Oczywiście od razu znalazły się kawałki jedzenia rzucane mu przez wszystkich, które ku ogólnej uciesze natychmiast były zjadane. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Mój mąż miał pewne podejrzenia, że to może być karmiąca kotka, bo jakby miała powiększone sutki, ale mnie się wydawało, że to młody kociak i że to nie jest możliwe. Po trzech dniach przyniosła trójkę dzieci, dwa szare koty i czarną kotkę z ogonem wyglądającym jak pędzel, którą w związku z tym nazwaliśmy Picasso.
Tu nie chodzi o to, że one zaczęły regularnie przychodzić na jedzenie, właściwie mieszkać na moim podwórku. Ktoś by mógł pomyśleć sobie, że to czysta przyjemność, bo można obserwować przyrodę, patrzeć, jak kociaki się bawią.
Sytuacja taka trwała jakiś czas, a nowi mieszkańcy ogrodu dostali własną miskę i poduszę na dachu psiej budy. Ale po jakiś czasie, najstarsza kotka zwyczajnie i bez ogródek przyniosła i zostawiła mi na podwórku kolejny miot. Po prostu, kiedy stwierdziła, że już jej mleka nie wystarcza, przynosiła swoje dzieci do mnie w nadziei i zaufaniu, że tu z głodu nie zginą. Robi to do dziś, rodzi gdzieś na polu, a potem przyprowadza do mnie. Po odchowaniu, najczęściej kiedy przychodzą następne gody, chłopaki odchodzą szukać swoich stad, swoich haremów. Odwiedzają mnie tylko czasami, bym o nich nie zapomniała Nie ma pretensji... prawo natury po raz pierwszy. W domu zostają same dziewczyny. Większość z nich wychowała się już na tym podwórku, więc kiedy są w ciąży i przychodzi czas porodu, wypędzają psa z budy i tam się kocą....
I to jest ta milsza część opowiadania, ta, która świetnie pasuje do teorii, ze pomaganie jest dziecinnie proste...
Prawie zawsze w miocie są martwe kotki, które ja z kapiącymi po twarzy łzami wygłaskam i chowam na polu. Mam już tam prawdziwe cmentarzysko. Słabsze, niezdolne do życia kociaki, matka od razu wyrzuca z gniazda. Prawo natury numer dwa!
Nie będzie traciła mleka na dziecko, które i tak nie przeżyje. Ja je wszystkie zbieram, przytulam, czasami z marnym skutkiem próbuję nakarmić. Ale tak naprawdę pomagam im odejść w cieple w moim mniemaniu mniej samotnie i znowu odnoszę na koci cmentarzyk.
Na zdjęciu pod postem jest pierwszy miot Picasso, nie cały, jeden kociak od razu urodził się martwy. Trzy pozostałe urodziły się ze zwyrodniałymi kończynami i czymś w rodzaju zajęczej wargi, co im uniemożliwiało ssanie...Wszystkie zdechły przytulone do mnie pod swetrem...
Dlaczego WAM to opisuje? Może żeby WAM powiedzieć, że pomaganie nie jest dziecinnie proste...
Dziecinnie proste jest wrzucanie pieniędzy do puszki i organizowanie wirtualnych imprez, których nie potępiam i w których sama uczestniczę.  Pomaganie czasami boli, a ten ból wydaje się być nie do zniesienia. Pomagając stajemy się częścią cudzego cierpienia i jest to strasznie ciężki bagaż. Nie ważne czy pomaga się ludziom czy zwierzętom. Chcę WAM po prostu powiedzieć, że jeśli chcecie dać coś więcej, niż grosz do puszki, to pomaganie wcale nie jest łatwe. Napisałam WAM o moich kociakach, a to przecież tylko kociaki. Ale nie macie pojęcia, ile mnie to kosztuje, ile łez.... Pomimo, że rozumiem, iż z całej populacji dzikich kotów tylko 30% przeżywa dłużej, niż rok.
Pomaganie nie jest łatwe, bo przecież nie pomagamy ludziom szczęśliwym, zdrowym i bogatym i nie wszystko jesteśmy w stanie załatwić pieniędzmi.
Szczerze podziwiam osoby, które pracują gdzieś na misjach, z dziećmi, które umierają z głodu, z kalekami bez rąk, nóg lub oszpeconymi. Pracują i nie pęka im serce Nie łatwo jest pracować w hospicjum i towarzyszyć ludziom w ich ostatniej drodze. To naprawdę jest niezwykle trudne. Bo jak możemy patrzeć w oczy tym ludziom, jak się do nich uśmiechać?...my, beznadziejnie w czepku urodzeni, my szczęśliwi, my bezsilni. My, nie znający ani głodu, ani wojny ludzie, ciągle narzekający na los...
I my Polacy, którzy raz do roku mamy swoje Orkiestrowe Igrzyska, po których zapominamy o tym, że to za mało.

Jesteśmy właśnie po bardzo niezwykłym finale WOŚP, który był i tragiczny i jednocześnie bardzo społecznie motywujący.
Nie obrażajcie się na mnie proszę. Nie chcę gasić WASZEGO entuzjazmu, krytykować WASZYCH pomysłów i zaangażowania. Zastanawiam się tylko, co z tego wszystkiego wynika dla Polski, dla społeczeństwa?
Ja też się z WAMI bawię i też wpłacam. O, jak strasznie się przy tym zmęczę siedząc z nogami na biurku...3 kliknięcia myszą i już, aż tchu brakuje od wysiłku...
Entuzjazm? Świetnie! Solidarność? Jeszcze lepiej! A słomiany zapał? Czy to też jest takie fajne? Wielki zryw narodowy raz do roku...Tym razem jeszcze do tego wieczorny spacer ze świeczkami ( pewnie normalnie też by był, tylko bez świeczek), trochę prawdziwych łez...
Mam WAS za rozsądnych ludzi. Czy nie macie takiego wrażenia, że to wszystko jest jakimś rozpaczliwym wyciszaniem sumienia, by nie odczuwać wyrzutów z powodu bezradności? Czy tacy mądrzy ludzie, jak WY, są na tyle krótkowzroczni, by nie dostrzegać, że za 20 lat, kiedy dorosną kolejne pokolenia wychowane w tym ogłupiającym systemie szkolnictwa, kiedy odejdzie Jurek Owsiak ( niech żyje do końca świata i o jeden dzień dłużej! Amen!), a z nim pierwotne ideały WOŚP, będziemy z równą radością biegać po ulicach z kolorowymi puszkami zbierając na broń dla jakiegoś kaczojugend, albo na zagraniczne operacje dla wybrańców?
Nigdy bym się nie ośmieliła krytykować Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ani żadnej innej inicjatywy powołanej w celu pomagania innym. Ale powiem WAM, że trochę mnie przeraża ten WASZ\ nasz ...okazjonalny entuzjazm. Jesteśmy ja te urodzinowe świece, które wybuchają, a za chwile tylko suchy knot zostaje...I chyba ja uświadomiłam sobie to dopiero w tym roku, kiedy w środku takiego dobra ukryło się okrutne zło. Zrozumiałam, że to nam nie powinno wystarczać, to odpalania światełka do nieba raz do roku. Zrozumiałam, że tak naprawdę nie robimy nic, kiedy cały rok, właściwie bez przerwy wylewa się morze gówna na to, co wydaje się nam takie ważne. Nie reagujemy na hejt w stosunku do Owsiaka. To wstyd dla całego społeczeństwa, że rodzina Pawła Adamowicza czuła się jak w potrzasku, że żyła w strachu, a ja i większość z WAS dowiedziała się o tym dopiero teraz, dowiedziała się za późno. Na pogrzebie widzimy..., ten przyjaciel Pawła, tamten przyjaciel Pawła.... Cóż to za przyjaciele, którzy nie reagowali, kiedy próbowano go zaszczuć i zniszczyć? Jak to się dzieje, że w Polsce człowiek niszczony przez system jest sam z tym problemem, że nie ma się do kogo zwrócić o pomoc? Ktoś mi to potrafi wytłumaczyć? I w końcu..., dlaczego ciągle jeszcze stoi ten gmach na Woronicza, a WY go nie rozbierzecie cegła po cegle? Powinni się zjechać ludzie z całej Polski i dotąd okupować ten burdel, aż by z niego wyszły z łapami do góry te żmije siejące jad.
Wszystko wskazuje na to, że znowu im się upiecze i będą się tylko z nas śmiać. I będą mieli rację, bo my nie jesteśmy w stanie zrobić nic, nic, co nie ogranicza się do kliknięcia myszką, do zapalenia znicza, do milczącego sprzeciwu. A władza na nic więcej nie liczy, tylko na nasze milczenie.
Nie wiem, czy nas jeszcze stać na coś więcej, na coś, co nie będzie tak dziecinnie proste...



3 komentarze:

  1. Pomijajac przeslanie tego listu, chcialabym napisac tylko o kotkach: czy nie warto ich sterylizowac? Mniej niechcianych, bezdomnych istot byloby na swiecie. Przepraszam, ze sie wtracam...

    OdpowiedzUsuń
  2. #granvida: Absolutna, święta racja! Niech Goplana nie zakopuje i nie płacze - niech zapobiega przez sterylizację! Będzie mniej kociego nieszczęścia na tym "najlepszym" ze światów. To co wyczynia, to przejaw kompletnej głupoty!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kobieto, o zabiegu ubezpładniania kotów słyszałaś? Sama przyczyniasz się do ich cierpienia, bo możesz temu zapobiec, ale wolisz zakopywać i płakać.

    A przy okazji - zwierzęta nie zdychają, one umierają.

    OdpowiedzUsuń

Wielka ucieczka. ( Tekst z dnia 21 lutego 2019 roku)

Właściwie powinniśmy się cieszyć, że się oczyszcza atmosfera i że będzie dużo mniejszy smog w sferze politycznej. Nie powinniśmy się też d...